Wygrani się złoszczą – przegrani się cieszą

Wygrani się złoszczą – przegrani się cieszą

Przypomnijmy sobie, jak to było: ostatnia ekipa rządząca w PRL była przerażona, że w zbliżających się wyborach frekwencja może spaść nawet do 60 procent. Zostałoby to przez wszystkich odebrane jako delegitymizacja ustroju. Pod wpływem paniki kierownictwo partyjno-rządowe zmówiło się, aby zaproponować opozycji solidarnościowej następujący układ: obiecajcie, że weźmiecie udział w wyborach, a my wam za to zalegalizujemy „Solidarność”. W wyborach z „Solidarnością” frekwencja spadła poniżej 60 procent, ale to już nie miało znaczenia, bo nastała demokracja, a w ustroju demokratycznym wystarczy frekwencja 40-procentowa; gdyby była 20-procentowa, to też nikt z tego nie wyciągnie wniosku, że demokracja została zdelegitymizowana. Partia wybrana przez 10 procent ogółu wyborców może być i właśnie jest w pełni uprawniona do rządzenia krajem w koalicji z ugrupowaniami jeszcze mniej reprezentatywnymi lub sama jedna, gdy powoła rząd mniejszościowy. Totalizm upada, gdy wyjdzie na wierzch, że rządzi mniejszość. W demokracji rządzą mniejszości i nikogo to nie dziwi.
Ostatnie wybory były rozkoszą dla ludzi o sympatiach prawicowych (w dzisiejszym polskim sensie tego słowa). Mogli oni głosować na prawicę liberalną, która im obiecywała premiera o poglądach bardzo nieliberalnych; na konserwatystów, którzy obiecywali rewolucję; na nacjonalistów katolickich; na populistyczną partię samoobrony zamożnych, uwodzącą najbiedniejszych i obiecującą, że po wyborach sprzymierzy się z rewolucyjnymi konserwatystami, którzy celowali w okazywaniu jej pogardy. Prawicowy hipermarket, jednym słowem, miał na składzie, co prawicowa dusza zapragnie. Było tam, oczywiście, dużo podróbek, konserwatywne wartości były całkowicie sfałszowane, tak samo starannie jak chrześcijańskie.
Nie trzeba się spieszyć z ostatecznymi wnioskami. Bezkonkluzywne wmyślanie się w fakt, że chłopi na Lubelszczyźnie czy Podlasiu głosowali na partię braci Kaczyńskich, daje może więcej niż wnioskowanie konkluzywne. Racjonalne wnioski są często podyktowane interesem, natomiast spokojna kontemplacja ciekawych faktów przynosi nam z czasem głębsze zrozumienie i tych faktów, i zdarzeń analogicznych. W Krakowie najbardziej entuzjastyczne pochwały posła Ziobry, spodziewanego ministra sprawiedliwości (tylko w rządach rewolucyjnych trafiają się tak młodzi ministrowie sprawiedliwości), słychać było podobno najgłośniej w miejscach konsumpcji piwa. In piwo veritas. Słyszę z różnych stron, że inwokacja „spieprzaj, dziadu” bardzo spodobała się dziadom. Panowie Kaczyńscy zostali uznani za obrońców najbiedniejszych i wykluczonych, a ich partia połączyła uczuciowo „postakowską” inteligencję, zbyt powoli w swoim mniemaniu bogacące się nowe mieszczaństwo, chłopstwo lubelskie i podlaskie, a także kręgi małomiasteczkowe. Z całą pewnością nie jest to partia klasowa. Na PiS głosowało nawet wielu z tych, którym solennie obiecano, że zostaną zdekomunizowani.
Nikt się tak źle nie orientuje w tym, co się w Polsce dzieje, jak lewica. Gdyby nie twarde jądro „postkomunistyczne” w partii i w elektoracie, SLD nie wprowadziłby do Sejmu ani jednego posła. Bezsensowne zachowanie Borowskiego i jego partii było następstwem oderwania się od „postkomunizmu”. Bez przymieszki „postkomunistycznej” lewica polska nie ma mózgu, kośćca ani węchu na niebezpieczeństwa. Mówi ona tak: prawica zajmuje się pseudoproblemami, przeszłością, która nikogo nie interesuje. My wybieramy przyszłość, w centrum stawiamy sprawiedliwość społeczną, wykluczenie itp., itd. Nie zniżymy się do tak chimerycznych tematów jak polityka historyczna. Prawica zaś powtarza swoje: my was, zdrajców Narodu, zniszczymy, wdepczemy w błoto, unicestwimy. Lewica: ależ to pseudoproblem, zajmijmy się poważnymi sprawami. Jeżeli ktoś, komu wiarygodnie grożą unicestwieniem, odpowiada, że ten temat go nie interesuje, bo ma poważniejsze niż własne istnienie troski na głowie, to jest po prostu głupi.
Duża część stałego dotąd elektoratu lewicy nie poszła do wyborów. Zdawała ona sobie sprawę z tego, że realnym, przed wyborami nieco złagodzonym programem partii tak zwanych prawicowych jest dekomunizacja. SLD jednak ani nie obiecywał, ani nie byłby wiarygodny, gdyby obiecywał, że w sposób zasadniczy, ideowy i praktyczny dekomunizacji się przeciwstawi. Posłowie z listy SLD swój wybór przyjęli z entuzjazmem i trudno im się dziwić. Dla partii była to jednak wielka klęska. W jakimś sensie dobrze zasłużona. Czy mogli wyborcy nie ukarać partii, której racja istnienia polegała na reprezentowaniu najbardziej poszkodowanych przez III RP, a która do swojego programu wpisała obronę tejże III RP?

Wydanie: 40/2005

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy