Mózg rośnie

Mózg rośnie

Kupiłem pierwszy, gruby tom dzienników Wiktora Woroszylskiego. Zabolała mnie kieszeń, a potem dłoń się ugięła, taki jest ciężki. Pisarz, kolega mojego ojca, sztandarowa literacka postać polskiego stalinizmu. Wtedy był bezwzględny i fanatyczny. Budził strach. Napisał w tych czasach tomik wierszy „Śmierci nie ma”, gdzie, jak ktoś powiedział, wszystko było kłamstwem, począwszy od tytułu. Nieprawda, raczej złudzeniem i wiarą. Dlatego w późniejszych czasach był czołową postacią opozycji – zmiana była szczera, odważna i godna szacunku. Kolejny kolega ojca, który potem stał się moim znajomym; to trochę takie przejście na drugą stronę rzeczywistości.

Dziennik Wiktora zaskakuje, ale niekoniecznie na korzyść. Autor o swojej fanatycznej przeszłości nie pisze ani słowa. Zawsze miałem wrażenie, że Wiktor jest jakby usztywniony psychicznie, o czym także mówiła mowa jego ciała, to odbija się też w dzienniku. Jest suchy, brakuje w nim emocji, zwierzenia. To bardziej kronika zdarzeń niż opis własnego życia. A wiele traci dziennik bez tonu osobistego, rozbłysków myśli. Poeta nie napisał w tym dzienniku ani jednego zdania, które pachnie poezją. Woroszylski pochodził z żydowskiej rodziny, o czym nie wiedziałem; na czas wojny przypadło jego dzieciństwo, getto, ukrywanie się, cały czas groza śmierci. Niezwykle dramatyczne doświadczenia. O tym jednak też ani słowa w dzienniku, tę przeszłość również odciął. A to nie jest bezkarne. Literacko więc dziennik zawodzi, ale dla mnie jest interesujący. To na pewno niezwykła i szczegółowa kronika działań opozycji w latach 70. od strony prywatnej. Byłem wtedy już zaangażowany. Czytając, śledzę w tych zapiskach tropy własnej pamięci, obserwuję swoich dawnych znajomych. Dla kogoś bez takich doświadczeń te zapiski jednak mogą być nudne. Na pewno są bezcenne dla historyka współczesności. I oczywiście porusza, jak bliscy sobie byli kiedyś ludzie teraz są śmiertelnymi wrogami, jak ci, którzy walczyli o demokrację, teraz ją niszczą. W jakimś sensie to, co teraz się dzieje, zabiera wagę tamtym zdarzeniom, odwadze i poświęceniu tysięcy ludzi w walce o wolne słowo.
Z Wiktorem łączą mnie szczególnie dwa wydarzenia. Słynnej nocy, gdy wprowadzano stan wojenny, krążąc po Warszawie i budząc ludzi, zajechałem przed świtem do mieszkania Wiktora na Żoliborzu. Został już przez kogoś ostrzeżony przede mną i też krążył po nocnej, skutej mrozem Warszawie. Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy Janki, jego żony, gdy otworzyła mi drzwi.

Przyjechałem do tego mieszkania w roku 1996, gdy Wiktor umierał na raka, przez jego twarz co chwila przebiegał grymas bólu. Próbowałem z nim rozmawiać o stalinizmie, ale chyba niewiele z tego wyszło, nie chciałem go dręczyć, tak udręczonego przez chorobę.

Coraz więcej mądrych ludzi mówi, że w Polsce kończy się demokracja lub że nawet już się skończyła. Z upadkiem demokracji bywa zwykle tak, że kończy się ona stopniowo. I wtedy większa część społeczeństwa w ogóle tego nie dostrzega. Nie jest zagadką wygrana PiS, jest – że nadal mają 40% w sondażach. Dla wielu z mojego środowiska to znak, że Polacy zawiedli, nie są nic warci, że ujawniła się prawdziwa, mroczna natura tego społeczeństwa. Nie mogę z tym się zgodzić, ale być może nie będę miał wyjścia.

Od żony dowiaduję się, że jej ojciec, więc mój teść, powiedział jej, że dobrze, abym zmienił opcję polityczną ze względu na dobro rodziny. Mam się poświęcić. Inaczej nasz byt będzie zagrożony. Tu muszę zaznaczyć, że w tej rozgałęzionej rodzinie żony tylko teść jest pisowcem. Ledwie słyszy, ale swój rozum ma. I to prawda, zbliżamy się do momentu, kiedy za poglądy będziemy płacić, tak samo jak w Polsce Ludowej.

Kolacja z sąsiadami i ich znajomymi, rozmowy o PiS, o dramacie, jaki trwa w Polsce. To już nie tylko troska, to obsesja. Dominują pesymizm i coraz większa złość na słabość opozycji, personalnie na Schetynę i Petru, że nie potrafią połączyć sił. Na naszym spotkaniu najostrzej wypowiadały się kobiety, im najprędzej paranoicy dobrali się do skóry. Nazajutrz telefon od Krystyny – znamy się od tylu lat – mówi, że zaczęła rozumieć terrorystów, że wysadzają się w powietrze.

Dosyć smęcenia, coś wesołego na koniec. Mój młodszy synek Franio ma już niemal siedem lat i swój własny rozum. Podchodzi do mnie i mówi: „Wies, tata, ja jus wiem, dlacego dziewcyny nie mają siusiaka. Bo jak by bobas wysedł?”. „Wiesz to od kolegi?”, pytam, bo przecież pewne, że takich bezeceństw nie uczy polska szkoła. „Nie – odpowiada – sam to wymyśliłem, bo mózg mi rośnie”.

Wydanie: 42/2017

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy