Wiosenny pesymizm

Wiosenny pesymizm

Partie zaczynają ogłaszać listy kandydatów na wybory do Parlamentu Europejskiego.
Poza Platformą wszystkie partie wystawiają kandydatów z grona swych prominentnych posłów. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby wszyscy zgłoszeni zdobyli mandaty i na pięć lat zniknęli z polskiej sceny politycznej. W Sejmie zostałaby naprawdę druga liga. Zważywszy na to, że liga pierwsza nie jest zbyt mocna, aż strach pomyśleć, jak wyglądałby Sejm drugoligowy!
Nadzieja w tym, że większość kandydatów i tak mandatu nie zdobędzie. Tak czy owak polska polityka spsieje do reszty. Jak wyglądałby klub Lewicy bez Olejniczaka, Szymanek-Deresz, Zemkego, Iwińskiego? Ziobro z Kurskim niech sobie idą do Brukseli, ich na pewno nie będzie nam brakować. Ale już Kowala szkoda. Jeden z nielicznych posłów PiS, który mówił na ogół z sensem, w dodatku był dobrym mówcą. Zanosi się na to, że jeśli mandat zdobędą Żelichowski i Piechociński, PSL zostanie bez najlepszych posłów.
Wszystko wskazuje na to, że partiom politycznym zależy nie tyle na dobrej obsadzie europarlamentu, ile na wyniku w wyborach, zupełnie niesłusznie uważanych za prawybory do polskiego parlamentu i za sprawdzian siły poszczególnych partii. Chodzi więc o to, by w kraju zaprezentować się możliwie jak najlepszym wynikiem. PR i polityka słupków w sondażach wyraźnie bierze górę nad zdrowym rozsądkiem i myśleniem z jakąś perspektywą. Tymczasem wybory do Parlamentu Europejskiego rządzą się specyficznymi prawami i różnią od wyborów do Sejmu tak wieloma elementami, że ich wynik wcale o realnej sile toczących ze sobą walkę ugrupowań nie informuje, mało tego, wyraźnie obraz realnego poparcia dla partii politycznych fałszuje.
Przede wszystkim wybory te cieszą się w Polsce bardzo małym zainteresowaniem, co skutkuje bardzo niską frekwencją. Dość przypomnieć, że w ostatnich wyborach do europarlamentu frekwencja wyborcza ledwie przekroczyła 20%, a jak wynika z badań, teraz będzie jeszcze mniejsza. Wyższa frekwencja będzie w dużych miastach, najniższa na wsi. Do wyborów pójdą ludzie najbardziej wykształceni oraz bardzo zdeterminowane grupy elektoratu. Inaczej też niż w wyborach do Sejmu skonstruowane są okręgi wyborcze, inna, bardziej skomplikowana jest ordynacja. To przesądza o wyniku wyborów. Ale też daje szansę przegranym do wytłumaczenia sobie i wyborcom wyniku. Każdą klęskę można prezentować jako umiarkowany sukces.
Lewica idzie do wyborów podzielona. Wprawdzie SLD ma znacznie lepsze prognozy niż Porozumienie dla Przyszłości-CentroLewica, jednak pamiętać trzeba, że wszystkie głosy, które ta ostatnia zbierze, ilekolwiek by ich było, to głosy odjęte SLD. Ale nie tylko. Gdyby lista była wspólna i niektóre osoby kandydujące z centrolewicy znalazły się na liście wspólnej z SLD, były wsparte w kampanii przez jego struktury, wynik mógłby być znacznie lepszy niż proste zsumowanie wyników każdej z oddzielnych list. Warto pamiętać, że Porozumienie dla Przyszłości jest typową armią generałów (nieraz naprawdę wybitnych), ale bez wojska, bez struktur w terenie i bez pieniędzy na kampanię. Stanowiące zaplecze tej listy malutkie partie SdPl i PD w dodatku są wewnętrznie podzielone. W tej sytuacji, każdy wynik listy PdP-CentroLewica będzie mógł być uznany za sukces i tak tłumaczony. „Jak na te warunki, to wynik i tak był dobry”.
SLD też jest sobie w stanie zracjonalizować każdy wynik. Jeśli powtórzy wynik z ostatnich wyborów (w co, szczerze mówiąc, raczej wątpię), ogłosi wielkie zwycięstwo. Każdy inny wynik uzna za umiarkowany sukces. Będzie go tłumaczyć odrębnością ordynacji, frekwencją, dywersją PdP-CentroLewicy. W obu jednak przypadkach nie będzie to impulsem do głębszej refleksji nad kondycją polskiej lewicy i przyczyną zmian programowych czy kadrowych. Do tych ostatnich skłonić by mogła tylko totalna klęska w eurowyborach. Takiej też nie będzie. Wszystko wskazuje na to, że dryfowanie SLD, a wraz z SLD całej lewicy, będzie trwać. Tym bardziej że kilka naprawdę najwartościowszych jednostek z SLD na pięć lat zniknie z polskiej sceny politycznej.
Tymczasem Platforma jest w wewnętrznym pacie. Nie będzie Gowinowej ustawy o in vitro, bo do tego nie dopuści liberalna część Platformy, ale nie będzie też zrobiony porządek z IPN, CBA czy prokuraturą, bo do tego nie dopuści część konserwatywna (by ją tak delikatnie nazwać) Platformy z Gowinem czy Czumą. Stara się więc Platforma łagodnie administrować państwem, ale siły na jego reformę już nie ma. Nie ma nawet siły, by usunąć patologie, które pozostały jako dziedzictwo po rządach PiS. Mamy więc nadal Rzeczpospolitą, jeśli już nie IV, to nadal co najmniej „trzecią i pół”. W kwestiach ideowych (stosunek do przeszłości, do rozliczeń, do represyjności prawa karnego, do roli Kościoła w państwie, by wymienić tylko te najważniejsze) Platforma od PiS naprawdę się nie różni. Nadal kilkadziesiąt procent Polaków o poglądach „na lewo od Platformy” nie ma swojej reprezentacji politycznej, a bojąc się powrotu rządów PiS, w razie czego wybierze mniejsze zło, czyli Platformę. A co ma zrobić? Centrolewicowej alternatywy dla POPiS wciąż nie ma. Chyba że coś się urodzi po wyborach do europarlamentu. Szczerze mówiąc, nie bardzo w to już wierzę. A bardzo chciałbym.

Wydanie: 16/2009

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy