Warszawa wolna od faszystów

Warszawa wolna od faszystów

Od kilku lat, gdy zbliża się 17 stycznia, wracam choć na chwilę, na mgnienie oka do fragmentów zapisków z tych dni 1945 r. korespondenta „Krasnoj Zwiezdy”, dziennika Armii Czerwonej, które prowadził wielki, genialny pisarz radziecki Wasilij Grossman. W nigdy nieopublikowanych (ale też nie „zaaresztowanych”) notatkach Grossman, który przeszedł cały radziecki szlak bojowy (Moskwa, Stalingrad, Kursk, Berlin), kilka stron zapisał wspomnieniami wejścia do Warszawy w 1945 r.

Wisła nie była w całości skuta lodem, po krach doszedł od praskiej strony pod stojące przęsło zburzonego Poniatowszczaka. Dwaj niemłodzi wartownicy opuścili dla niego strażacką drabinę (sami byli na wysokości drugiego piętra). A ponieważ była za krótka, przywiązano do niej linę, po której wspiął się Grossman. Z charakterystyczną pogodą ducha zapisał, że „Warszawa to jedyne miasto, do którego wszedłem po drabinie”. „Majestatycznie, smutno, można powiedzieć tragicznie, wygląda wyzwolona Warszawa, kiedy do niej wkraczamy. Sterty cegieł wypełniają ulice ogromnego miasta. Sieć dziwacznych, splątanych ścieżek, jakie torują myśliwi w dziewiczych lasach i górach, nakłada się na szerokie place i proste ulice rejonów śródmiejskich. (…) Oto idą szeregiem starzy i młodzi ludzie w pomiętych kapeluszach, beretach, płaszczach, jesionkach, toczą przed sobą kremowe i niebieskie wózki na grubych oponach, wyładowane tobołkami, sakwojażami, walizeczkami” (Antony Beevor i Luba Winogradowa, Pisarz na wojnie. Wasilij Grossman na szlaku bojowym Armii Czerwonej 1941-1945, Wydawnictwo Magnum, 2006). Powracających są już setki, tysiące.

Podczas spaceru weteran wojennej reporterki, pierwszy dziennikarz, który dotarł do obozów na Majdanku i w Treblince i je opisał, sam – berdyczowski Żyd, spotyka w ruinach warszawskich Robinsonów, tych, którzy po kapitulacji powstania warszawskiego, a często wcześniej powstania w getcie, nie opuścili miasta, tylko na wiele miesięcy zaszyli się w jego ruinach. Odwiedza taką kryjówkę kilkorga Żydów i Polaków, gdzieś na czwartym piętrze kamienicy ze zburzoną klatką schodową, gdzie każde dojście do schronienia grozi śmiertelnym upadkiem. Na ulicy spotyka dwóch łódzkich Żydów, którzy szykują się do powrotu. „Opustoszałe ulice. Papierowe twarze. Wstrząsająca postać – maleńki pończosznik niosący z getta do swojego »bunkra« dziecięcy, wyplatany koszyk, napełniony żydowskim popiołem, który zebrał na dziedzińcu Judenratu, w getcie. Z tym popiołem pójdzie jutro pieszo do Łodzi”.

Po latach, korzystając z drobiazgowych zapisków reportera, Grossman stworzy arcygenialną powieść „Życie i los”, która nigdy nie ukaże się drukiem w ZSRR ani za jego życia. Podobny los spotka reżysera Aleksandra Askoldowa, który w 1967 r. nakręci niezwykły film „Komisarz” według debiutanckiej noweli Grossmana. Przez 20 lat film nie był pokazywany publicznie w ZSRR (jedyną kopię ukrył inny radziecki reżyser), premierę miał w 1987, a rok później Askoldow dostał Srebrnego Niedźwiedzia na festiwalu w Berlinie. Jednak nigdy już żadnego filmu nie dano mu zrobić, a co więcej – zaszczuto go.

Ale w Warszawie nie ma już ulicy 17 Stycznia.

Kiedy na portalu społecznościowym wspomniałem o czułych obrazach tych warszawskich dni opisanych przez Grossmana, jeden z moich znajomych, świetnie wykształcony bankowiec, którego rodzina zapisała się złotymi zgłoskami w historii polskiej architektury (w tym warszawskiej), skwitował wpis: „To powinna być albo pierwsza połowa sierpnia, albo nie ma czego przypominać”. Inny mój znajomy, aktywista warszawskiego Kolektywu Syrena, skłotu i świata walczących środowisk lokatorskich, Antek Wiesztort, napisał natomiast tak: „Dziś za to wypada ważna (dla mnie) data »drugich narodzin« mojego miasta. Ważna nie tylko ze względu na wybitny wysiłek masy zwykłych ludzi, aby wynieść dziesiątki tysięcy kamienic z ruin. Szarych bohaterów (częściej bohaterek) właściwie jedynego powstania, które się w Warszawie udało: powstania z gruzów, którego celem było także życie w mieście bez wyzysku czynszowego z przedwojnia. Warto pamiętać o tym dniu zwłaszcza dziś, gdy te tysiące kamienic – owoców 50 mln godzin darmowej pracy w czynach społecznych i 90 mld zł przeznaczonych z publicznego budżetu – trafiają w prywatne ręce dorosłych dzieci przedwojennych właścicieli, względnie – dzieci szmalcowników itd. W prywatne ręce trafiają też dawni bohaterowie społecznych czynów – dziś uważani za śmieci. Dopóki ten proces się nie odwróci, dopóki nie cofniemy CAŁEJ REPRYWATYZACJI i jej strasznych skutków społecznych, nie będzie sprawiedliwości i każde świętowanie w tym mieście będzie miało gorzki smak. Zachęcam do walki”.

Nie mam wątpliwości, po stronie którego z nich stanąłby w walce Grossman, sam dotknięty represjami przez radzieckie władze. I dlatego będę przywoływał ten obraz drobnego okularnika, oficera, pisarza, w ciężkim wojskowym szynelu wspinającego się po drabinie do Warszawy wolnej od faszystów. Pamięć tym, którzy Warszawę dźwignęli z gruzów. Hańba tym, którzy próbują wymazać to z naszej pamięci, z nazw ulic, którzy na tym zbijają krociowe zyski.

17 stycznia 1945 r. to nie był dzień, który można wyrzucić z historii Warszawy. I Polski.

Wydanie: 4/2018

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy