Pornografia

Kuchnia polska

Im bardziej obrzydliwe, małostkowe, intryganckie i krótkowzroczne staje się nasze codzienne życie publiczne, tym większego znaczenia nabiera – a przynajmniej powinno nabierać – życie kulturalne, artystyczne i umysłowe. Stajemy bowiem wobec sytuacji, kiedy w tych rejonach jeszcze można znaleźć elementy logiki, ładu, a także bezinteresowności, nie mówiąc już o prawdzie, które topnieją gdzie indziej.
Brzmi to na pozór paradoksalnie, ponieważ wielokrotnie powtarzamy, że kultura i twórczość artystyczna są w upadku, a los artystów jest pożałowania godny. Ale w kulturze polskiej nieraz już zdarzały się sytuacje, kiedy właśnie w czasach upadku życia publicznego pojawiały się utwory mądre, przewidujące i wartościowe, a wyrzuceni na margines artyści podtrzymywali nie tyle narodowego, ile po prostu ludzkiego, kulturalnego ducha.
Tak mniej więcej zamierzałem rozpocząć kolejny felieton, a w nim wymienić miejsca i utwory, z którymi warto się zapoznać. Na przykład świetną wystawę prac Tadeusza Makowskiego w warszawskim Muzeum Narodowym, imponującą, lecz niestety już zamkniętą wystawę prac sześciu współczesnych malarzy – Dominika, Tarasina, Tarasewicza, Gierowskiego, Ciecierskiego i Mierzejewskiego – w warszawskiej Królikarni, wydaną właśnie książkę Józefa Hena „Mój przyjaciel król”, koncert Vadima Brockiego w Filharmonii, który z towarzyszeniem marnej meksykańskiej orkiestry wykonał koncert Wieniawskiego jak mało kto dotąd. I kilka innych wydarzeń przywracających poczucie higieny psychicznej w środowisku zatrutym przez pornografię.
Pornografią bowiem – spieszę natychmiast wyjaśnić – nazywa słownik wyrazów obcych nie tylko „pisma i obrazy o treści lubieżnej”, ale także „nieobyczajne, nieprzyzwoite”. A tego przecież mamy pod dostatkiem na każdym niemal kroku w prasie, mediach, rozmowach, sporach, w parlamencie, wszędzie.
Nie będę wdawał się w dociekanie źródeł tego stanu rzeczy, nad czym głowię się od dawna i piszę o tym często. Ale zatrzymam się na jednym przypadku, groźnym dlatego, że oto ogólna aura intryganctwa i nieobyczajności wkrada się w regiony kultury. Ten przypadek nazywa się „Pornografia” i jest filmem Jana Jakuba Kolskiego według powieści Witolda Gombrowicza.
Otóż zadziwiającym zdarzeniem jest fakt, że w czasie kiedy kinematografia polska – z niewielkimi jak dotąd wyjątkami – błąka się po manowcach, a to naśladując koślawo amerykańskie thrillery, a to odwołując się do kontusza i karabeli, ostatnio zaś nawet do maczugi, aby tylko zwabić publiczność, powstał film, którego zamiarem jest zgłębienie prawdy. Psychologicznej, emocjonalnej, w pewnym sensie także historycznej. Ponieważ powieść Gombrowicza, z której skorzystał Kolski, jest także dziwacznym komentarzem historycznym. Gombrowicz umieścił jej akcję w roku 1943 w Polsce, to znaczy w Polsce, której nie widział, i w historii okupacyjnej, której nie znał. Rzecz dzieje się, jak pisze, „w byłej Polsce”, z udziałem bohaterów „z byłych kawiarń, Zodiaku, Ziemiańskiej, Ipsu”. Autor wie jednak z pewnością, że w warunkach wojny łamać się muszą wszystkie reguły, mity, pozy i gesty polskie, które zna na pamięć, i ta pewność go nie zawodzi.
Reżyser Kolski wyczuwa to doskonale, widzi w obrazach, słyszy w dialogu. Wydaje się więc, że naturalną reakcją na „Pornografię” powinna być wielka narodowa dyskusja o tym, jak, dlaczego i na ile skończył się ten świat byłej tradycji, byłej mitologii, byłego obyczaju. I co z tego dla nas wynika.
Stało się jednak inaczej. Najpierw liczyliśmy bowiem, że film ten dostanie nagrodę w Wenecji, której nie otrzymał, powodując rozczarowanie i dąsy. Teraz mówi się, że powinien pretendować do Oscara. Obym się mylił, ale wydaje mi się to bezskuteczne. Kultura polska, co zauważył już Boy-Żeleński, ma w sobie, jak to określał, tę „pańskość”, czyli tę rozrzutność, która pozwala jej tworzyć arcydzieła wyłącznie dla siebie, dla innych zaszyfrowane i niepojęte. Takim arcydziełem jest, według Boya, „Wesele” Wyspiańskiego, jest nim pewnie także „Beniowski”, są „Dziady”. Film Kolskiego należy do tej samej kategorii, nie będzie więc oklaskiwany w Europie, a tym bardziej w Kalifornii, która wybrała sobie na gubernatora kulturystę, wierząc, że jako Terminator zlikwiduje jej długi.
Ale pornografia, a więc zdarzenia „nieobyczajne i nieprzyzwoite”, dopadły „Pornografię” Kolskiego także w kraju. Gdziekolwiek bowiem prezentowany jest ten film, idzie za nim cień jego producenta, Lwa Rywina. W Gdyni podczas Festiwalu Filmów Polskich jurorów ogarnął lęk, że jeśli nagrodzą „Pornografię”, na estradę wejdzie Rywin, bez którego film by nie powstał, bo nie ma producenta, który wkładałby pieniądze w projekt tak subtelny, dwuznaczny i bezinteresowny. I nagrodzono jedynie muzykę Koniecznego, zachwycającą zresztą. W Warszawie podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego też nie zauważono „Pornografii”, ale przed pokazem pan Kolski w geście zwykłej przyzwoitości przedstawił Rywina, którego nazwał w wywiadzie prasowym wyjątkowym producentem, „na którego później spadły różne opresje”. I to wystarczyło, aby już nazajutrz podczas obchodów gombrowiczowskich ich organizatorzy uznali, że „nie było żadnego powodu – prawnego ani towarzyskiego – żeby prosić na pokaz producenta”.
Wygląda na to, że jakiś tam prawny powód był, skoro ów producent mógł jednak zakazać pokazu, a organizatorzy ów zakaz przyjęli, ale nie o to chodzi. Pomiędzy Rywinem a opinią jest bowiem tak właśnie, jak pisał Gombrowicz: „Wy mnie się boicie, bo ja boję się was, ja was się boję, bo wy mnie się boicie”.
Być może, Lew Rywin jest złoczyńcą, już niedługo zawyrokować ma o tym sąd. I wówczas będziemy mieli nad czym się zastanawiać. Ponieważ oprócz tego, co zrobił lub czego nie zrobił w głośnej aferze korupcyjnej, jest też całkowicie pewne, że zrobił on „Listę Schindlera”, za którą paru Polakom posypały się Oscary, że zrobił „Pianistę”, który dostał Oscara, chociaż na wszelkich związanych z tym ceremoniach występował podstawiony producent, że wreszcie zrobił „Pornografię”. To znaczy, zrobił więcej niż jakikolwiek producent w Polsce. I trudno będzie to przekreślić bez popełnienia harakiri.
Na razie jednak „Pornografia” i jej reżyser Jan Jakub Kolski płacą za Rywina, bez którego tego filmu by nie było.
Ale jest. I należy do tych wydarzeń, które świadczą o tym, że im bardziej obrzydliwe, małostkowe, intryganckie i krótkowzroczne staje się życie publiczne, tym większego znaczenia nabiera życie kulturalne, artystyczne i umysłowe. Jeśli nie skazi się go pornografią.

 

Wydanie: 43/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy