Niechciany spadek

Niechciany spadek

Wypowiedzi Anny Tatarkiewicz w „kwestii chłopskiej” przyjąłem bez sprzeciwu, ale cały blok materiałów poświęconych temu zagadnieniu w „Przeglądzie” nie bardzo mi się podobał. Jeśli nie sięgać w dalszą przeszłość, to najciekawiej o tej kwestii pisał Krzysztof Teodor Toeplitz i użyteczne byłoby te jego teksty przedrukować.
Jeśli ktoś myśli „mam kompleksy, bo jestem ze wsi”, jak napisano na pierwszej stronie „Przeglądu”, to jest to jego indywidualny problem i nikt mu w tym nie pomoże. Tylko on sam może się uwolnić od „kompleksu”, doskonaląc się pod różnymi względami, zdobywając kwalifikacje ułatwiające wygrywanie współzawodnictwa o prestiż i pieniądze albo władzę, jeśli w te rejony go nogi zaniosą.

Toeplitza interesowały nie indywidualnie przeżywane „kompleksy” chłopskiego pochodzenia, lecz raczej brak świadomości takiego pochodzenia u przeważającej większości Polaków i coś, co bym nazwał wypowiedzeniem solidarności ludowej przez tę większość. Nie wie ona nawet, że jest większością i pod jakim względem. Polska Ludowa ze wszystkimi swoimi wadami – niestety, zwrócić jej nie było można – zniosła różnice stanowe i wydawało się, że też wszelkie przyczyny tego, iż ktoś może mieć kompleksy złego pochodzenia. Wielu wybitnym publicystom, jak Aleksander Bocheński, uczonym, jak Józef Chałasiński, pisarzom, jak nawet Maria Dąbrowska, w pewnym stopniu wydawało się, że ten nowy naród ludowy stworzy też nową wizję historii, że odrzuci obce sobie i chorobliwe mity historyczne tak zwanej szlachetczyzny – ozdabiające bezwartościowe formy życia w czasach pokoju i nakazujące katastrofalne działania w czasie wojny.

Utopia komunistyczna nie pozwoliła rozwinąć się świadomości ludowego narodu i dziś można wątpić, czy taka świadomość powstałaby w warunkach wolności. Wszak mamy wolność, a jednak ludowy naród skwapliwie poddał się „pamięci”, jak się teraz mówi, „wygenerowanej” przez tych, którzy nad nim panowali. „Bierz karabelę chamie bracie” i „cham” ją wziął. Restauruje Drugą Rzeczpospolitą (pod numeracją raz III, raz IV), czci rocznice różnych powstań narodowych, mimo że tak naprawdę do narodu włączyła go dopiero Polska Ludowa. W każdym powstaniu istniał nurt demokratyczny pragnący rozszerzyć naród na chłopów, bo tylko w ten sposób naród w tym kraju mógł się stać większością. Byli politycy, którzy wysiłki w tym kierunku podejmowali także w czasach spokoju, z takim samym skutkiem. Nurt chłopomański w literaturze miał podobny cel na uwadze. Michał Bobrzyński, sławny historyk i konserwatywny polityk galicyjski, wygłosił odczyt, w którym rozważał, co chłopi wnieśli do politycznej historii Polski, i w końcu coś znalazł, bo bardzo mu zależało na powiększeniu narodu o tę klasę, ale udowodnił z mocnym oparciem się o źródła historyczne tylko tyle, że niewątpliwym wkładem chłopów w historię było zbiegostwo. Poza zbiegostwem źródła niczego innego nie notują.
Różnica między szlachtą a chłopami była porównywalna do różnicy między Amerykanami białymi a Murzynami (minus czarna skóra). Czytałem kiedyś książkę amerykańskiego pisarza pod tytułem „Królewska krew”. Rzecz się dzieje gdzieś w pierwszej połowie minionego wieku. Amerykanin z klasy średniej wyższej zasłyszał, że jego rodzina wywodzi się z rodu królewskiego. Postanawia sprawdzić i przeprowadziwszy skrupulatne badania, odkrywa, że wśród przodków miał Murzyna. Wiadomość wstrząsa nim, doprowadza do skrajnej rozpaczy, a jego życie dotąd pełne samozadowolenia rozpada się w gruzy. Pogarda szlachty dla chłopów była równie bezwzględna i mimo „akcji afirmatywnej” przeprowadzonej przez Polskę Ludową daje się ją jeszcze zauważyć w słownictwie i nie tylko w słownictwie.
Gdy ktoś z wielkim hałasem bez wystarczającej okazji wytyka chłopom, że obdzierali rannych powstańców, nie musi to wiele znaczyć. Gdy jednak działacze partii ludowej odpowiadają na to spisem bohaterskich czynów chłopskich w różnych powstaniach, widzimy, że ryba połknęła patriotyczny haczyk i znajduje się we władzy swoich przeciwników. Chłopi, będąc poza narodem szlacheckim, nie mieli żadnych powodów do bohaterskiego udziału w szlacheckich powstaniach. Nie o ich sprawę chodziło, a jeżeli o ich, to mieli powody obawiać się, że po zwycięskim powstaniu może być im gorzej, bo to nie patriotyczna szlachta, lecz zaborcze państwa zniosły pańszczyznę (Prusy najwcześniej).

Jeżeli już padło to zamulające umysł słowo szlachta, to trzeba dodać dwa zdania wyjaśnienia. Jeżeli było jej w dawnej Polsce dziesięć procent, to nie mogła być arystokracją. Dziewięć procent z tych dziesięciu nie posiadało majątku, pełniło role służebne, od oficjalistów dworskich do stangretów i lokajów. Dopiero państwa zaborcze na różne sposoby usiłowały przerobić polską szlachtę w arystokrację, o czym pisze się w podręcznikach, ale w sposób niedosłowny. Nie promieniowała ona tymi wartościami co francuska noblessa czy arystokracja innych krajów. Niepewna swego statusu, starała się nad szlachtą posiadającą górować patriotyzmem, a chłopom okazywała nadnaturalną pogardę, aby umacniać granicę stanową.
Krótko mówiąc, w Polsce w ciągu wieków istniały dwa narody: szlachecki i chłopski, które miały dla siebie tylko uczucia pogardy z jednej strony i nienawiści z drugiej. Mimo „akcji afirmatywnej” przeprowadzonej w Polsce Ludowej ślady tego podziału muszą istnieć. Pamięć historyczna, jaką państwo postsolidarnościowe narzuca Polakom, nie jest pamięcią ludu.
Gdy po zmianie ustroju zaczęło się uważniejsze rozpoznawanie swoich, dzielenie się na partie i grupowanie wokół autorytetów żywych i martwych, profesor Barbara Skarga, wybitna humanistka zaangażowana w sprawy społeczne, wygłosiła zdanie, że lewica, wówczas, jak i dziś bardzo zdezorientowana, za swój autorytet i punkt orientacyjny powinna przyjąć postać Wincentego Witosa. Barbara Skarga uznała, że podział na lewicę i prawicę stracił na znaczeniu, natomiast ważny jest nadal podział na ludową i obcą ludowi część społeczeństwa. Ludowa część była jednak zbyt zawstydzona swoją ludowością, zbyt „zakompleksiona” swoim pochodzeniem, by mogła wyodrębnić się politycznie.

Wydanie: 36/2011

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Komentarze

  1. józef kornaś
    józef kornaś 12 września, 2011, 20:27

    Jak przekaz rodzinny niesie nasza babcia gdy w 1918r. dowidziała się że ma być Polska stwierdziła „Polska może i być byle Polacy nie rządzili bo znowu będzie bida”. Wynikałoby z tego że wspomnienia ludu o czasach I Rzeczypospolitej były mimo upływu długiego czasu bardzo złe.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy