Żółta kartka dla Bońka

Żółta kartka dla Bońka

Przez lata tylko fantaści i zagorzali kibice marzyli, oglądając wielkie turnieje piłkarskie, że może kiedyś wielki piłkarski show zjedzie nad Wisłę i to my będziemy gospodarzami mistrzostw Europy, a może nawet mistrzostw świata. No i stało się. Za sprawą Hrihorija Surkisa, prezesa Ukraińskiego Związku Piłki Nożnej i jednocześnie wiceprezesa UEFA, bardzo wpływowego działacza i oligarchy, Michel Platini zapalił zielone światło dla projektu „Dwa kraje, jedna drużyna”.
Pomysł zrodził się w 2002 r. w czasie wspólnych obrad działaczy polskich i ukraińskich we Lwowie. Patronem tego pomysłu był Kazimierz Górski. Lwowianin i wielki zwolennik takiego turnieju. Brałem udział w tych obradach i pamiętam do dziś dwie rzeczy. Jedna to niezwykła wprost admiracja, jaką otaczano Kazimierza Górskiego na każdym kroku, jaki tylko zrobił we Lwowie. A druga to determinacja, z jaką Surkis prezentował ideę wspólnego finału mistrzostw Europy. Jestem pewien, że wtedy z kilkunastu osób, które przegłosowały decyzję o ubieganiu się o organizację Euro 2012, chyba nikt nie wierzył, że to naprawdę jest możliwe. Ot, kolejny słowiański pomysł z gatunku olimpiada zimowa w Zakopanem czy letnia w Warszawie. Pamiętamy przecież takie zapowiedzi polityków i artykuły w gazetach. A później głucha cisza. Z pomysłem piłkarskim byłoby pewnie podobnie, gdyby nie Surkis, który wymusił przygotowanie profesjonalnego harmonogramu prac aż do zgłoszenia w UEFA naszych kandydatur. Pilnował dyscypliny i terminów tak długo, aż pomysł zaskoczył. W Polsce największą zasługę w rozkręcaniu tych prac ma Adam Olkowicz.
I wtedy, parę lat wcześniej, a nie parę dni temu w Bukareszcie, rozstrzygało się, kto do tego pomysłu w Polsce przystąpi. Kto uwierzy, że jego miasto może być gospodarzem Euro 2012. Kto zgromadzi wokół takiego pomysłu entuzjastów i profesjonalistów, zyska poparcie władz i zdobędzie środki finansowe na inwestycje.
W 2006 r. Polska zgłaszając sześć miast, sama określiła, które z nich są na liście organizatorów (Warszawa, Gdańsk, Poznań, Wrocław), a które będą rezerwowymi (Chorzów, Kraków). Nic się od tego czasu nie zmieniło, bo wszystkie miasta stawały na głowie, by dostać nominację. A że różnice między nimi są niewielkie, to UEFA usankcjonowała pierwotne zgłoszenie.
Nie pora dziś na pretensje, bo kto chciał, to na zmianę sytuacji miał trzy lata. Irytujące jest jednak to, że mówi się głównie o żalach tych, którzy odpadli, a nie o wielkim sukcesie organizacyjnym PZPN i miast finalistów. Któż za mrocznych rządów PiS-owskich szefów sportu, Lipca i Jakubiak, mógł się spodziewać czegoś innego niż totalna klapa organizacyjna? Obraz przygotowań do Euro za czasów PiS to była kompletna żenada. Chaos, brak decyzji i niekompetencja. I odlotowe opowieści pani Jakubiak, eksperta partii Kaczyńskiego od sportu. Gdyby jej nieszczęsne rządy jeszcze trwały, to Euro 2012 byłoby już pewnie w innym kraju. Polski sport długo jeszcze będzie nadrabiał poniesione wówczas straty.
Ciesząc się z decyzji UEFA i z tego, że sprawnie przygotowujemy się do piłkarskich finałów, musimy jednak pamiętać o tym, że to mają być wspólne mistrzostwa. Dwóch krajów, Polski i Ukrainy. I wszelkie głosy, jak choćby Zbigniewa Bońka, że można było wykolegować Ukraińców i przejąć część ich obowiązków, są zwykłą hucpą. Takie poglądy można głosić pod budką z piwem, ale jeśli tak mówi wybitny sportowiec, ambasador fair play, to wstyd słuchać. Słowa i umów trzeba dotrzymywać. Tym bardziej że to Surkis nam otworzył drzwi do Euro, a nie Boniek.

Wydanie: 20/2009

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy