Opłatek

Opłatek

Nie miałem dotąd specjalnej sympatii dla Włodzimierza Czarzastego. Ot, polityk – wprawdzie lewicowy i inteligentny, ale jak wszyscy unurzany w rozgryweczkach, kokieterii i półprawdach. Z wielką przyjemnością donoszę, że zmieniłem zdanie. W „Kawie na ławę” zapytany o sejmowe „opłatki”, podczas których uczestnicy z prawa i lewa spijają sobie miód z dzióbków przy dźwiękach kolęd, bez względu na to, co który dzióbek świergotał godzinę wcześniej, odpowiedział rzeczowo, że nie ma zwyczaju brać udziału w takich festiwalach obłudy i zakłamania w pseudokatolickim sosie. Brawo, panie Włodzimierzu! Nareszcie rzetelne słowa prawdy. Pisał Andrzej Bursa:

Dzieci są milsze od dorosłych
zwierzęta są milsze od dzieci
mówisz że rozumując w ten sposób
muszę dojść do twierdzenia
że najmilszy jest pierwotniak pantofelek

no to co

milszy mi jest pantofelek
od ciebie ty skurwysynie

Oczywiście słowo skurwysyn jest obraźliwe, w szczególności względem uczciwie zarabiających na życie panienek tzw. lekkich obyczajów. Słowa skurwysyn nie należy używać nawet wtedy, kiedy wyrażałoby najpełniej nasze do kogoś uczucia. Pisał wprawdzie klasyk Jan Andrzej Morsztyn (1621-1693): „Sameś skurwysyn, kurwa twoja żona”, ale w ramach postępu brzydkie to słowo wypadło z dykcjonarzy. Nie zmienia to jednak faktu, że pantofelek (Paramecium caudatum) jest nam rzeczywiście milszy od niejednego homo sapiensa. Pomijam już fakt, że pantofelek jako stworzenie niewielkie (przeciętny wzrost 0,2 mm) nie założy ci niedźwiedzia, nie będzie cię moczył przytulającą się nachalnie zaślinioną mordą ani zmuszał do przeżuwania ubrudzonego swoimi łapami wypieku ze skrobi pszennej i wody. Znacznie ważniejszy jest fakt, że pantofelek (bo z rybami do końca nie wiadomo, są dzisiaj różne teorie) naprawdę nie ma głosu. Nie musimy więc od niego wysłuchiwać, że rzekomo życzy nam zdrowia, a tym bardziej powodzenia w życiu prywatnym i zawodowym, chociaż owo zawodowe powodzenie polegałoby właśnie na popędzeniu ciebie gdzie pieprz rośnie i postawieniu przed Trybunałem Stanu.

Nie, nie wzruszają mnie ani trochę przekazywane przez telewizję zdjęcia, jak to podczas sejmowego opłatka marszałek Senatu Tomasz Grodzki i jego poprzednik Stanisław Karczewski szepcą coś sobie do uszek, obdarzają się serdecznymi uśmiechami i jeszcze poklepują po plecach. Za dobrze pamiętam, co przed chwilą Karczewski wygadywał o Grodzkim, i za dobrze wiem, co będzie o nim wygadywał za chwilę. Wolę pantofelka.

Albo wyobraźmy sobie, że na jakimś opłatku spotyka się nasz pan prezydent Andrzej Duda z panią sędzią profesor Małgorzatą Gersdorf. Już widzę oczyma duszy ten fryzjerski uśmiech na wygolonym obliczu pana prezydenta, ten powabny głos, jakim opowiada zazwyczaj dowcipy o ludożercach i profesorach AGH albo inne równie udane. I rozpływa się Duda, i wypiek serwuje, i wszystkiego najlepszego życzy, życzy i życzy. Powodzenia w pracy zawodowej (no, długo już, babo, pierwszą przewodniczącą Sądu Najwyższego nie będziesz), zdrowia (a żeby tak walnęło babsko kopytami w kalendarz, to by było nie najbrzydsze), wesołych świąt (już my ci je umilimy). I ślini się z serdeczności pan prezydent i sam się nadziwić nie może, że tak mu się pięknie i łaskawie powiedziało. A skądeś słychać zwierzęta ludzkim gadające głosem, pastuszków pohukiwanie i słowa kolędy dolatują:

Lulajże, przyjemna oczom gwiazdeczko,
Lulaj, najśliczniejsze świata słoneczko.
Lulajże, Jezuniu…

I pięknie jest, i czule (jak by chciała Olga Tokarczuk), rzewnie, rodzinnie i jak Polak z Polakiem. „Oj dana, dana, nie ma szatana”. Nikt oczywiście nie bierze tego na serio. Pani marszałek Sejmu pędzi z opłatka na opłatek, ściska się z kim popadnie, ale to, by wyjąć wiadome listy z szuflady, jak jej sąd nakazuje, już jej nie przyjdzie do głowy, choć dla ściskanych może być ważne. Pan minister Ziobro (też nie pantofelek) może i poklepie jakiegoś uczciwego sędziego, ale wie przecież, że święta szybko mijają i odklepawszy na cudzych plecach chrześcijańską urzędówkę, będzie mógł sędziów lżyć od nowa. I tak dalej, i tak dalej. Zaiste, wolę już codzienną pyskówkę, od której nóż się w kieszeni nie otworzy, bo już przywykł i zardzewiał, od owego jednodniowego pokazu zakłamywania siebie i naiwnych w katolickiej i narodowej miłości, od której chce się rzygać, jakby wigilijne przejedzenie nie wystarczało. Doprawdy, chwała Włodzimierzowi Czarzastemu, że zdobył się na powiedzenie tego. Była to zapewne jedyna uczciwa świąteczna deklaracja, której nie zagłuszyły rzewne i bogobojne kolędy.

Wydanie: 2/2020

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy