Niewczesny wędrowiec

Niewczesny wędrowiec

Nie żegnam starego roku, trzymam się go jak tonący brzytwy, nie przyjmuję do wiadomości, że od 1 stycznia rocznikowo jestem już pięćdziesięciolatkiem. W takim np. Krakowie, który odwiedzam na dłużej niż dzień po raz pierwszy od czasu studiów doktoranckich, cierpię na coś w rodzaju zaburzenia perspektywy temporalnej, jak rzekłby fachowiec od mózgów. Gdzieś mi zginęły dwie dekady – wyszedłem na piwo i wróciłem „Dwadzieścia lat później”, jak głosiłby napis, gdyby to film był, nie życie. Zaburzenia dotyczą zresztą także topografii: umawiam się w kultowej knajpie Piękny Pies, po czym łażę po ulicy św. Jana w tę i we w tę. Czy coś mi się nie pomyliło, w głowę zachodzę, chodzę i pytam (gdzie jest moja szubienica?), aż mi mówią tubylcy, o których na Starym Mieście wcale nie tak łatwo: „Panie, przecież Pies już dawno na Kazimierzu”. Już dawno, powtarzam w myślach i patrzę po sobie, czy aby pajęczyny mnie nie spowiły, czy ptaki nie uwiły sobie gniazd w moich zastygłych dłoniach. Gdzieś sobie przysiadłem, rzeki wylewały i wysychały, góry z górami się schodziły potajemnie, lasy padały pod zębem kornika i pilarzy, na karczowiskach wyrastały nowe, minęło siedem tysięcy dni i nocy, a ja naiwnie szukam kultowej knajpy tam, gdzie była pokolenie temu.

Byłem też lokatorem Lokatora setki miesięcy temu, po drodze zaglądam na Meiselsa, ach, przecież przeniósł się na Krakowską, przypominam sobie, ale tamże, na parterze Domu Norymberskiego, którego poddasze zamieszkiwałem, też już go nie ma, już dawno przeniósł się na Mostową i zmienił w kulturalną book cafe. Kraków jest uniwersum flaneurów, tu nawet knajpy się wałęsają; nie można by tu urządzić Bloomsday, gdyby Poldy Bloom urodził się pod Wawelem, wszak Davy Byrne’s Pub dlatego stanowi żelazny punkt obchodów, że nie zmienił adresu od czasu, kiedy Joyce’owski Ulisses odwiedził go 16.06.1904 celem spożycia kanapki z gorgonzolą zapitej kieliszkiem burgunda.

Następnym razem będę się umawiał jak na turystę przystało na Rynku pod Mickiewiczem, choć pewności już nie mam, czy i ten żelazny i odwieczny punkt orientacyjny nie zmieni lokalizacji lub po prostu nie zniknie. Skoro „Dziady” z pobliskiego Teatru Słowackiego znowu na indeksie… Minister „Mójbratidiota” Gliński już się zużył jako prowokator środowisk artystycznych, jego niszczycielskie działania w resorcie kultury raczej żenują, niż rozwścieczają, Kaczor zaraz nam go wymieni jak Zalewską na Czarnka, przyjdzie taki okaz, że i za Glińskim zatęsknimy. Gdyby np. poseł „Caryca” Suski dostał Kulturę i Dziewictwo, zaraz by wysadził pomnik wieszcza, bo nie dość, że poeta litewski, to jeszcze w słowackim teatrze nabruździł – naprzeciw kościoła Mariackiego może stać tylko polski Papież lub bracia Kaczyńscy: Ministerstwo Kultury i Dziewictwa ogłosi konkurs na pierwszy podwójny pomnik Wielkich Bliźniaków, niejeden Kalina po nagrodę ręce wyciągnie, ech… Znajoma prawicówna jeszcze Mickiewicza toleruje, ale już narzeka na wmurowaną w ścianę kamienicy Bartscha tablicę, którą krakowianie upamiętnili trzydniowy pobyt Goethego – „cóż za polskie kompleksy”, powiada, „znowu to płaszczenie się przed Niemcami”, dodaje, a ja widzę, jak ją korci, żeby wzorem kompanów sabotażystów z Warszawy jakoś tę tablicę zakleić, napis skorygować, np. słowo „niemiecki” zastąpić dosadniejszym „hitlerowski”.

Dotarłszy w końcu do celu, spotykam dwoje pięknych dorosłych: dzieci moje, które się zjechały na święta – ostatnim razem w tej knajpie Zośkę miałem w wózku, wychowywała się w akademiku, odporna była na gwar i tłok; Staś kilka lat starszy, jeszcze w czasach śląskich poczęty, teraz o głowę wyższy i w brodzie gęstszy, dopytuje: „Tato, czemu się spóźniłeś?”. No i jak ja mam mu wytłumaczyć, że zaplątałem się o czas utracony, wszystko mi się poprzestawiało, przerażają mnie te dwójki w galopie w dacie rocznej, bo wczoraj dopiero świętowaliśmy nowe milenium, a jeszcze przedwczoraj, synku, pokazałem ci śmoka zionącego Chromego i tak się przestraszyłeś, że dopiero wata cukrowa cię uspokoiła, a ciebie, córeczko, przecież nie było nawet w planach, więc skąd wy tu nagle teraz, tacy duzi… Czy to możliwe, że zrobiło się już tak późno?

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 2/2022

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy