Na wschodzie zmiany

Na wschodzie zmiany

Chciałoby się wiedzieć, jak Aleksander Kwaś­niewski przepraszał prezydenta Janukowycza. Jest niezwykle zręczny w dobieraniu słów, więc z pewnością świetnie sobie z tym poradził. Janukowycz musiałby być anielskiej wspaniałomyślności człowiekiem, żeby puścić w niepamięć udział Kwaśniewskiego w poniżeniu go, jakim było odebranie mu zwycięstwa w wyborach 2004 r. Do tej pory o wspaniałomyślności Janukowycza wiele nie mówiono, więc bez okazania skruchy Aleksander Kwaś­niewski miałby swoją misję w Kijowie bardzo utrudnioną. Myślę, że kiedyś opisze te przeprosiny, bo scena musiała być bardzo literacka.
W Warszawie przygotowywany był wielki triumf z okazji podpisania przez Ukrainę traktatu stowarzyszeniowego z Unią Europejską podczas konferencji Partnerstwa Wschodniego. To Partnerstwo jest naszym dziełem i jeżeli traktat zostanie podpisany – a na pewno kiedyś to nastąpi – w innych okolicznościach, to już nie będzie to samo. Może się okazać, że Polska w tej sprawie tylko się puszy i nadyma, a w rzeczywistości reprezentuje tak zwaną quantité négligeable, czyli bardzo niewiele.
Chociaż Polacy uważają się za wielkich znawców Rosji, to w rzeczywistości nie są zdolni postrzegać najprostszych faktów. Nawet Aleksander Kwaś­niewski, którego kompetencje słusznie się chwali, mówił dziś w mediach o celowo zastosowanej przez Moskwę „blokadzie towarów ukraińskich na rosyjskim rynku” jako o fakcie dokonanym. Polskie media już od paru tygodni trąbią o tej niewidzialnej blokadzie, bo wiadomo, że tak jak komunistyczny Związek Radziecki siłą wyciągał z Polski towary, tak prawosławna Rosja siłą ich nie dopuszcza w swoje granice. Ten sam schemat myślenia stosuje się do Ukrainy. Warszawa już się naradzała z sekretarzem stanu USA Kerrym, czym by wynagrodzić Ukrainie straty, jakie poniesie wskutek perfidnej kontroli granicznej ukraińskich czekoladek i innych tego kalibru wyrobów. Polskie przepowiednie co do Rosji nigdy się nie sprawdzały, bywało gorzej, niż one straszyły, a zawsze inaczej. Teoretycznie Rosja niedopuszczająca na swój rynek ukraińskich towarów przemysłowych mogłaby Ukrainę zrujnować, tylko po co miałaby to robić? „Niezależnie od tego, jaką drogę wybierze Ukraina, nasze narody kiedyś się zejdą”, powiedział Władimir Putin. Jeżeli przyjmuje się takie założenie, to wyklucza się politykę szkodzenia. Gdy Ukraina stowarzyszy się z Unią Europejską, dla Rosjan będzie to w wymiarze sentymentalnym gorzkie przeżycie, ale obiektywnie im nie zaszkodzi, a nawet – przynajmniej według mojego rozeznania – może przynieść korzyści. Sama Rosja nie ma jeszcze ustalonego stosunku do Unii, ale każdy widzi, że ze „starą” Unią porozumiewa się dobrze, a źle tylko z niektórymi państwami „nowej” Unii, w tym przede wszystkim z Polską.
Zasadnicza zmiana stosunków między Rosją a Ukrainą nastąpiłaby wówczas, gdyby Ukraina chciała wstąpić do Paktu Północnoatlantyckiego, militarnego przecież. Chwilę temu słyszałem stanowcze stwierdzenie Putina, że Rosja na to się nie zgodzi. Można postawić pytanie, jakie prawo ma Rosja nie zgadzać się z wolą wolnego, niepodległego narodu, jak pytała kanclerz Merkel w związku z Gruzją. Można pytać o prawo, ale można zastanawiać się nad faktami. Austriacy mieli wszystkie prawa narodu wolnego i wybrali Anschluss. Gdyby im przeszkodzono, nie wiem, czy cała Europa byłaby po stronie prawa. Formacja polityczna, która panuje nad Polską – nie tylko rządzi, ale i panuje – wszystkie kwestie rozpatruje pod kątem podtrzymywania wrogości wobec Rosji. Wydaje się im, że w tym zbożnym dziele Ameryka jest ich sojusznikiem. Andrew Wilson w znakomitej książce pt. „Ukraińcy” pisze m.in.: „Wielu Amerykanów nadal nie ma zaufania do Moskwy i dąży do zmodyfikowanej powojennej strategii powstrzymywania (…). W tej wizji Ukraina byłaby jednym z państw frontowych, nowym graczem występującym w barwach (…) »atlantyckiego globalizmu«”. Stany Zjednoczone są i długo pozostaną światowym hegemonem, który ma tyle prawa, ile siły, co razem daje mu nadsuwerenność, i mogą sobie na wszystko pozwolić bez większego ryzyka. Tymczasem Ukraina w NATO z przeznaczeniem kraju frontowego (wyrażenie implikujące wojnę, i o to chodzi) postawi przed Polakami kwestię: umierać za Sewastopol?
Pewien polski polityk, i to z tych najwybitniejszych, komentował kiedyś niepowodzenie Ukrainy w przystąpieniu do Unii i NATO i zakończył słowami: „ale my nie odpuścimy”. Dobrze, że nie odpuścimy, ale co będzie, jeżeli tamci także nie odpuszczą?

Wydanie: 48/2013

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy