Dwa końce świata

Dwa końce świata

Imieniny Jana Kochanowskiego w ogrodach pałacu Krasińskich. Te ogrody, park właściwie, bardzo ostatnio wypiękniały. Fasada pałacu jest remontowana, a w swojej nowej formie świetnie będzie się komponować z zielenią. Imieniny Jana Kochanowskiego to festyn książek. A przy okazji perspektywa najdłuższego dnia w roku. Co mnie przygnębia, gdyż nocy będzie już tylko przybywać. To trochę jak skończyć 40 lat.

Kiedy podpisuję książki, podchodzi do mnie piękna pani, mówi, że ma 90 lat. Przyszła, aby dać mi drugie wydanie książki wspomnieniowej Jana Kurdwanowskiego „Mrówka na szachownicy”, rzeczy o powstaniu warszawskim. Jest w niej podobno wydrukowana recenzja, którą napisałem 20 lat temu w piśmie, które już nie istnieje. Ogarnia mnie przerażenie, bo nic nie pamiętam. Mówi, że recenzja była entuzjastyczna, podobnie jak opinia Mrożka. Otwieram książkę – ależ tak, nagle wraca mi poruszenie tą lekturą z lat, które nie wiem kiedy stały się dawne. Niesamowite, jak wszystko pokrywa piasek zapomnienia.

Jan Kurdwanowski, lekarz, który drugą połowę życia spędził w Stanach, napisał to obszerne wspomnienie kilkanaście lat po powstaniu, a czyta się je jak dziennik. W sposobie zapisu ta relacja zbliża się czasami do dziennika Białoszewskiego. Powstanie, które Białoszewski opisał od dołu, od piwnic, Kurdwanowski na początku opisuje od góry, gdzie trwała walka. I podobnie jak Białoszewski niczego nie ukrywa. Pisze o strachu, o kucaniu, by się załatwiać, w lęku, że wtedy zabiją, ale też, że kolega podwędzi karabin. Ta książka jest poruszająco prawdziwa, co wcale nie odbiera jej heroizmu. Należę, podobnie jak autor, do tych, którzy uważają, że powstanie było szaleństwem. Ale nadal porusza mnie ono do szpiku kości, także dlatego, że wychowywałem się wśród ruin Warszawy, a moja matka brała udział w powstaniu. Młodzi ludzie, prawie bez broni, bez bojowego doświadczenia, walczą tak długo wśród osuwających się w ruiny domów, gdzie chodzili niedawno na randki, w ruinach podwórek, gdzie niedawno grali w piłkę i bawili się w wojnę. Płoną muzea i pałace. Jeśli czyta się Kurdwanowskiego równolegle z Białoszewskim, powstaje niezwykły, wielowymiarowy obraz miasta. Góry i dołu. Piwnic i okien. Ludzi szczurów i ludzi aniołów, ale szczury mają w sobie anioła, a anioły – ciemną ludzką stronę. Dla tych na górze wrogami są nie tylko Niemcy, obcy i wrodzy stają się też ci z piwnic. To dwa niezwykłe organizmy zbiorowe. Wielkie ciało cywilne poruszane jest przez instynkt życia, chce przetrwać, ale bywa też zdolne do heroizmu. I zbiorowe ciało powstańców, w którym instynkt życia skurczył się i jest jak orzeszek, mały, ale twardy.

W tej opowieści niezwykła jest zamiana ról. Nasz bohater – w podwójnym sensie tego słowa – najpierw podobny jest do obrońcy Masady, gdy walczy o pasaż Simonsa (po tym budynku w Ogrodzie Krasińskich została tylko płyta pamięci). Cudem ratuje życie i przez kanały dociera do domu rodzinnego na dolnym Mokowie. Tam dopiero niedawno dotarło powstanie i jego dom płonie. Bez broni, bez opaski na ramieniu, bohater staje się cywilem i dołącza do przerażonych mieszkańców. Tak heros znowu staje się człowiekiem. I wtedy widzi, jak „w niskim słońcu wisi opar nad Warszawą, opar obłędu, co z ludzi wszystko na wierzch wydobywa. Myślę, że powstańcy powinni złożyć broń, ale na pewno nie złożą i będą walczyć do ostatniego naboju, diabłu na uciechę…”.

Wróćmy do początków powstania i do pałacu Krasińskich, którego okna patrzą na imieniny Jana Kochanowskiego. Kurdwanowski wspomina: „Teraz pierwszy raz wszedłem do pałacu bez pytania, bez przewodnika, w podkutych butach. Byłem tu już raz, mając 11 lat, z całą klasą, pod nadzorem nauczyciela. Nie pozwalano niczego dotykać i, jak wszędzie w muzeum, musiało się założyć lekkie flanelowe łapcie na buty, by nie pobrudzić i nie porysować posadzki. W sali balowej na piętrze kilku »parasolarzy« siedziało na starożytnych fotelach w pewnym oddaleniu od okien, zerkając na ogród. Wielkie lustra popękane, białokamienne posągi bogiń i bożków podziobane, plafony poszczypane, tynk chrupał pod butami. Mówi się o majestacie śmierci człowieka. Ja wówczas odczułem majestat śmierci cywilizacji”.

Do Ogrodu Krasińskich dojeżdża moja rodzina, więc szaleństwo dzieci, też ich kaprysów. Kiedyś dzieci trzymały się kurczowo rodziców, teraz rodzice trzymają się dzieci w trwodze, że im się zgubią. Same dzieci już się nie boją zagubienia. Pępki świata nie mogą się zgubić. Czy to też nie jest koniec jakiejś cywilizacji?

Wydanie: 27/2015

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy