Czy Rakowski był przeciwnikiem Okrągłego Stołu?

Czy Rakowski był przeciwnikiem Okrągłego Stołu?

Przypuszczenie, że Mieczysław F. Rakowski nie był zwolennikiem Okrągłego Stołu, wydaje się nieprawdopodobne, bo nikt we władzach PZPR nie dał tyle dowodów chęci zreformowania ustroju co on. Rozstrzygającym argumentem powinna być przeprowadzona przez jego rząd ustawa o wolności gospodarczej, będąca przecież oczywistym zerwaniem z socjalistycznym czy komunistycznym – jeśli kto chce – ustrojem społeczno-gospodarczym. Jak zatem należy odnieść się do wątpliwości, jakie w tej sprawie są wysuwane? Andrzej Gdula, jeden z członków ekipy, której gen. Wojciech Jaruzelski zlecił przygotowanie koncepcji reformy zrealizowanej w końcu w postaci Okrągłego Stołu, twierdzi, że Rakowski pozostawał „poza tym układem negocjacyjnym, sztabem i rozmowami z opozycją. (…) Uważał, że naprawi gospodarkę i będziemy rozmawiać, ale z innych pozycji”. Gdula dodaje, że rozwiązując Stocznię Gdańską, Rakowski „zablokował Okrągły Stół na wiele miesięcy” („Gazeta Wyborcza”, 7-8 lutego 2009). Nie ma powodu wątpić w to świadectwo, ale trzeba wyjaśnić, dlaczego Rakowski zajął takie stanowisko, i zapytać, kto wówczas miał rację.
Działania gospodarcze jego rządu niosły ze sobą niebezpieczeństwo hiperinflacji nie tylko z powodu koniecznego urealnienia cen, ale także – jeśli dobrze zapamiętałem ówczesną opinię Grzegorza Kołodki – nadmiernych planowanych wydatków. Dla zagadnienia, jakie tu rozważam, ten przejściowy problem nie ma znaczenia. Istotne jest to, że Rakowski miał obliczony na kilka lat ogólny program reform gospodarczych i politycznych, pod tym kątem dobrał sobie współpracowników, wśród których wyróżniał się Mieczysław Wilczek. Miał prawo liczyć, że kierownictwo partii w realizacji tego projektu mu nie przeszkodzi.
Przeszkodziło jednak, przekreślając jego plany, a tym samym też korzyści polityczne, jakie po paru latach mogłaby, a nawet musiała przynieść wolność gospodarcza. Andrzej Gdula bardzo się myli, moim zdaniem, gdy mówi w cytowanym wywiadzie: „Okazało się, że rachuby Rakowskiego to mrzonki, że nie uda się odblokować gospodarki”. Za krótko to trwało, żeby coś się mogło stanowczo okazać, a jeśli chodzi o zablokowanie gospodarki, to przyczyną był – jak określił to Lech Mażewski – przywilej veta dany robotnikom, a wykorzystywany przez „Solidarność” do prowadzenia polityki „nic o nas bez nas w sprawach gospodarki”, czyli do blokowania cen. Ten przywilej veta nie był jednak zrządzeniem opatrzności, lecz faktem wytworzonym politycznie i w takim też trybie mógł być unieważniony.
Alternatywa była następująca: albo władza, która weszła już na drogę śmiałych reform, przywróci gospodarkę wolnorynkową, poczeka na pojawienie się klasy wolnych producentów, pozwoli na wolność druku, umożliwi powstanie partii wyrażających autentyczne dążenia społeczne i na ukoronowanie przemian przeprowadzi wolne wybory, albo urządzi Okrągły Stół, czyli odda władzę nieprzytomnie wrogiej „Solidarności”, a ta całą zasługę zmiany przypisze sobie, tych zaś, którzy jej władzę przekazali, uzna za obrońców komunizmu, zdrajców narodu i będzie ich prześladować, upokarzać, ograniczać w prawach obywatelskich i sądzić przez dwadzieścia lat i dłużej. (Jednego tylko nikt nie przewidywał: że odwet będzie trwał 20 lat).
Tak rysowały się możliwości w roku 1988. Rakowski jako nowy premier wolał pierwszą możliwość, szybko jednak zorientował się, że skoro otworzono przed „Solidarnością” możliwość legalizacji, nie ma ratunku przed drugą. Skoro los tak chce, on, jeden z pierwszych reformatorów, nie może pozostać poza głównym nurtem przemian. Jest więc zupełnie zrozumiałe, że Rakowski złościł się, gdy mówiono o nim jako o przeciwniku Okrągłego Stołu, bo przecież temu rozwiązaniu się nie przeciwstawiał. Prawdą jest także, że gdyby to od niego zależało, obrałby inną, naturalniejszą drogę.
Zapytano kiedyś generała Wojciecha Jaruzelskiego, dlaczego stać go było na całkowitą zmianę ustroju politycznego, a nie było go stać na zmianę systemu gospodarczego (ustawa o wolności gospodarczej tylko na krótki moment poprzedziła zmianę polityczną, tak iż można mówić, że należały obie do jednego pakietu). Inaczej mówiąc: dlaczego można było zrobić więcej, a nie można było zrobić mniej. Wyjaśnienia Generała były bardzo ciekawe; układały się w następującą odpowiedź: w ustroju socjalistycznym (czy komunistycznym, jak mówią obecnie) prawie do samego końca trzeba było przestrzegać normy ideologicznej. Z punktu widzenia tej normy to, co zdrowemu rozsądkowi wydaje się łatwiejsze, było trudniejsze, a to, co wydaje się trudniejsze, było łatwiejsze. Normą komunizmu jest negacja wolnego rynku i zniesienie prywatnej własności środków produkcji. Demokracja natomiast nie jest sprzeczna z komunizmem, przeciwnie, komunizm do czasu próby życia uchodził za jedną z doktryn radykalnej demokracji. W umysłach wielu sławnych myślicieli, pisarzy i artystów Zachodu skojarzenie komunizmu i demokracji było tak silne, że przetrwało czasy stalinowskiego terroru. Rakowski obrał drogę, na której musiał pokonać ideologiczne przeszkody; przed koncepcją „okrągłostołową”, demokratyzacyjną, ideologicznych barier nie było.

***
W postępowaniu generała Wojciecha Jaruzelskiego widać wyraźnie ślady wychowania katolickiego; naturalne byłyby wpływy doktryny komunistycznej, ale tych nie widać. Wychowanek księży Marianów mówi często o swojej winie, okazuje chrześcijańską pokorę, przeprasza tych, wobec których może zawinił, a może nie, można się domyślać, że przesiadując na ławach sądowych, traktuje to jako pokutę. Każdą osobę traktuje poważnie, odpowiada na zarzuty nawet ludziom upośledzonym na umyśle, z całą powagą i dobrą wiarą prostuje błędne twierdzenia, nawet jeśli zachodzi podejrzenie, że są głoszone w złej wierze. Chrześcijańska pokora to dobra rzecz, ale chrześcijanie mają swoje powody, żeby nie praktykować jej w życiu. Istnieją bowiem ludzie, których taka postawa prowokuje do agresji, i to w najbardziej chamskiej odmianie. Mówi o tym wiktymologia. Gdyby chrześcijanie byli tak pokorni, jak uczy Ewangelia, już dawno zostaliby wytępieni co do jednego.
Indoktrynacja komunistyczna nie była błędna pod każdym względem i we wszystkich swoich treściach. W szczególności przydatna jest dziś nauka o partyjności prawdy. Gdy wrogość między obozami politycznymi osiąga pewne natężenie, nikogo już o niczym nie można przekonać. Nikt nie chce niczego nowego wiedzieć, bo wszystko wie. Sprostowania gen. Jaruzelskiego, jego solidnie udokumentowane tezy, jego wnikliwe analizy powiązań między wydarzeniami mają sens, o ile w rzeczywistości są adresowane do potomności. Obecnie historia najnowsza jest partyjna w większym stopniu niż w czasach PRL. Wolno się sprzeciwić wersji IPN-owskiej, ale mało kto chce. Emigracji, która – jak dawniej – pisałaby historię alternatywną, nie ma, niestety. Historię najnowszą bierze w swoje ręce telewizyjna chuliganeria, szkaluje Generała i pluje patriotyzmem.
Politycy, którzy odegrali wielką rolę, a gen. Jaruzelski do takich należy, mogą owocnie dyskutować, toczyć spory tylko z równymi sobie. Co mąż stanu może wytłumaczyć ludziom, których jedynym przeżyciem politycznym było ukrywanie się lub uciekanie przed policją polityczną? Jaruzelski jest chętnie i uważnie słuchany, ale nie w Polsce, lecz za granicą. Nawet jeśli nie interesują się tam jego zasługami, to przecież zaciekawia jako inicjator ważnego wydarzenia historycznego, które zaskoczyło świat. Przecież nie bunt mas przeciw władzy zadziwia, niezwykłe jest dobrowolne pozbycie się władzy.

Wydanie: 6/2010

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy