Na szczęście

Na szczęście

Różne ludzie mają sposoby, żeby się porządnie obudzić. Niektórzy dają się wylizać psom, inni muszą wrzucić w siebie pół kilo bekonu. Nastawienie budzików w pięciu telefonach komórkowych porozkładanych w różnych punktach mieszkania, żeby trzeba było wstać i je zdetonować – to także stara sztuczka. Najpopularniejsze jednak jest radio, mniej dekadenckie niż poranna telewizja, nieinwazyjne, podręczne. A jeśli jeszcze w radiu gościem jest poranny polityk wrogiej partii, ciśnienie wesoło skacze, wkurw poprawia krążenie i człowiek wyskakuje z łóżka jak oparzony. Jeśli zaś pasmo jest weekendowe, możemy z łatwością trafić na porady dietetyka lub dermatologa, który łagodnym głosem opowie np., jak pielęgnować włosy. I tak w sobotę mówią, że włosy należy skrupulatnie czesać, dokonując przy tym (niby mimochodem) zbawiennego masażu głowy, który poprawia kondycję cebulek. W niedzielę natomiast już kto inny przestrzega, by absolutnie unikać czesania, gdyż jest to czynność brzemienna w skutki: niszczy i tak narażone na urazy końcówki włosów. W sobotę mówią o śmiertelnym zagrożeniu glutenem (jest nawet w gumach do żucia!), w niedzielę zaś, żeby jeść co najmniej dwie kromki pełnoziarnistego chleba, gdyż nic tak nie wpływa na perystaltykę jelit jak razowce. A przecież niemiło jest kupować w aptece xennę extra, jeśli tuż za nami stoi piękna dziewczyna (lub chłopak) skrępowana naszym rumieńcem. Och, nasze przeklęte, zdradliwe ciało, nie można mu ufać!

Ale komu tu ufać, kiedy porady z soboty dezaktualizują się w piątek, kiedy niedzielne nakazy znoszą te sobotnie, kiedy słowo na niedzielę zadaje kłam słowu z soboty? Pozostawiony samemu sobie świecki człowiek zmuszony jest nadawać własne interpretacje i znaczenia rzeczywistości. I cóż, najpewniej polegnie, musi polec, to jasne. Dlatego warto brać w cudzysłów zasady żywieniowych i kosmetycznych purystów. Wstrzemięźliwość na pewno nie wpływa dobrze na nasz system nerwowy. I jeśli ktoś lubi przywitać wieczór kieliszkiem porto, czemu mielibyśmy mu to zabierać? W świecie pełnym cierpienia cóż zaszkodzi poobiedni papieros lub nawet maleńki skręt po powrocie z teatru w niedzielę?

Zawsze bałam się tych radykalistów, którzy chodzą spać bez kolacji, nie mają w domu telewizora i NIGDY nie zasypiają w makijażu – do czego mogą być zdolni?! Strach spotkać kogoś takiego w ciemnej uliczce. To nie pean na cześć hedonizmu, to apel o zdrowy rozsądek, o to, by poważnie traktować swoje małe przyjemności. Ci, którzy sprawiają, że chwieje nam się ręka, kiedy sięgamy po łyżeczkę cukru – winni! Ci, którzy wprawiają nas w bezsenność, wywołując wyrzuty sumienia po zjedzeniu jednego jedynego batona – winni! Perfekcyjne Panie Domu, które nas bezwzględnie, absurdalnie, podświadomie męczą, każąc chwytać za ścierkę, kiedy właśnie otwieramy pierwsze piwko, a w telewizji emitują „Ojca chrzestnego”, i to chyba najlepszą jedynkę – winne! Winne naszym egzystencjalnym lękom, wewnętrznym konfliktom i morderczym dysonansom. Czas wyegzorcyzmować z siebie te widma, upiory, czas wypowiedzieć im wojnę. Od dziś – rozsądna, łagodząca, przynosząca pociechę przyjemność: kredo na Nowy Rok, mocne postanowienie swobodnego dryfowania przez życie – najlepiej z miętowym żaglem, bosmańską fajką i krewetkami. Na zdrowie!

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy