Światło odbite

Światło odbite

Oczekiwany po katastrofie smoleńskiej start Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich gwarantuje dalszą polaryzację polskiej polityki. Coraz bardziej nudny i sztuczny podział sceny politycznej na dwie prawicowe partie – PiS i PO – znowu uzyskał dodatkową energię. Im bardziej spiskowy, obłędny, fundamentalistyczny przekaz wycieka z kręgów PiS i ich publicystycznych sojuszników, tym bardziej konserwatywna i technokratyczna PO – niczym starzejąca się gwiazda telewizyjna po odnowie biologicznej i chirurgii plastycznej – zdobywa świeży blask. Propagandowe komando pod wodzą Jacka Karnowskiego nie zawodzi swoich politycznych zwierzchników. Jednak ich nachalność przynosi skutek odwrotny – im więcej Wildsteina i Pospieszalskiego w telewizji, tym bardziej sztabowcy PO mogą spać spokojnie. Strach przed narodowo-religijnym fundamentalizmem i świeża pamięć o IV RP czynią z PO w oczach dużej części opinii publicznej jedyną skuteczną tamę przed kolejnym polowaniem na czarownice. Postżałobna nagonka na środowiska, które w oczach „prawdziwych Polaków” są za mało polskie, zbyt kosmopolityczne i niezbyt nisko chylą głowę przed Kościołem, dopiero się rozkręca.
To nerwowe podniecenie PiS-owskiego zakonu można jednak wyjaśnić. Z jednej strony, poczuli wiatr w sondażowych żaglach. Z drugiej strony, mają świadomość, że nadciąga ostateczna bitwa. Porażka Jarosława Kaczyńskiego bowiem może być początkiem końca PiS. Konwulsje polityczne po przegranej w wyborach prezydenckich spowodowałyby jeszcze większą agresję, zacietrzewienie, fundamentalizm konserwatywnej prawicy, która zamknęłaby się niczym sekta w hermetycznym skansenie. Ten wariant oznaczałby automarginalizację kręgów PiS.
Taki bieg wydarzeń jednocześnie ugruntowałby samowładztwo PO, której pomysły prywatyzacji, deregulacji i komercjalizacji różnych obszarów życia publicznego nie napotykałyby wówczas żadnych politycznych blokad. Już teraz z kręgów dużego kapitału i doradców bankowych można usłyszeć pohukiwania oczekujące szybkiej realizacji ze strony rządu Platformy tzw. reform, czyli likwidacji wszelkich przeszkód dla samowoli biznesu. Jeśli PO unoszona falą zwycięstwa w wyborach prezydenckich straciłaby całkowity kontakt ze społeczną rzeczywistością i ulegając naciskom biznesu popadłaby w niczym nieograniczony neoliberalny fundamentalizm, to również wbrew początkowym odczuciom mogłaby znaleźć się w poważnych tarapatach. Arogancka bowiem realizacja pomysłów prywatyzacji służby zdrowia, komercjalizacji szkolnictwa wyższego, wyprzedaży ostatnich firm kontrolowanych przez państwo z pewnością bardzo podgrzałaby atmosferę społeczną w Polsce. Fala protestów i konfliktów społecznych spowodowana neoliberalną ekonomią mogłaby ukazać w pełnym świetle elitaryzm polityków grających w golfa i pogardę środowisk PO dla zwykłych ludzi.
W takiej perspektywie wbrew potocznym opiniom i bieżącym odczuciom pojawia się szansa na odegranie poważnej roli przez lewicę. Jest jeden warunek: już teraz musi mówić własnym głosem i opisywać rzeczywistość innym językiem niż POPiS-owa opowieść o Polsce. Na razie lewica w Polsce wciąż świeci światłem odbitym PO i PiS – nie jest w stanie przełamać prawicowego języka i doboru tematów, które stają się linią obowiązujących w mediach sporów politycznych. A właśnie dystansowanie się od narzucanych i zużytych schematów ideologicznych oraz kreowanie nowych kwestii w debacie publicznej może przynieść świeży powiew w polskiej polityce.
Agata Nowakowska na łamach „Gazety Wyborczej”, chcąc wepchnąć elektorat SLD w objęcia Andrzeja Olechowskiego, pisała w pouczającym dla postkomuchów tonie, że trzymanie się „wąsko pojętych lewicowych postulatów, np. obrona interesów wyłącznie ludzi pracy najemnej, gdy coraz więcej Polaków ma własne firmy”, spycha lewicę na margines. Okazuje się, że lepiej trzymać się głosicieli liberalnych koncepcji ekonomicznych, ponieważ w Polsce środowiska pracownicze zanikają, a większość biednych Polaków zamienia się w przedsiębiorców. Mamy zatem kolejny cud nad Wisłą i zupełnie nieznany w świecie nowy typ społeczeństwa: bez pracowników najemnych i z samymi właścicielami firm. Wpychanie lewicy w kąt, w którym nie może już upominać się o prawa pracownicze i jedyne, o czym wypada jej mówić, to nieśmiałe postulaty w sferze kulturowo-obyczajowej (dostęp do in vitro, większy udział kobiet w życiu publicznym etc.), z pewnością nie jest dobrą strategią, aby środowiska lewicowe przestały świecić światłem odbitym w polskiej polityce. Jak pisał Jean-Marie Guéhenno, francuski dyplomata, w książce na temat demokracji w czasach globalizacji: „Jeśli jedyna ambicja socjaldemokracji miałaby się teraz ograniczyć do lepszego zarządzania kapitalizmem, niż czynią to kapitaliści, to nie wiadomo, jaka przestrzeń polityczna by jej pozostała”. Myśląc o budowaniu szerokiego ruchu politycznego, który może rozbić POPiS-owy monopol, trzeba bronić własnych wizji zarówno w wymiarze społecznokulturowym, jak i w sferze społeczno-ekonomicznej. W takim ujęciu nowoczesność powinna stać się alternatywą dla konserwatywnego skansenu, a hasła równości i postulat egalitarnych stosunków społecznych powinny być opozycją wobec neoliberalnych dogmatów i dzikiego wschodnioeuropejskiego kapitalizmu.
Nie ma już na co czekać. Nie ma też sensu dłużej słuchać podpowiedzi i pouczeń publicystów z prawej strony, którzy określają, co wolno, a czego nie wolno ludziom lewicy. Nie ma już za co przepraszać. Czas zamienić obecne światło odbite na własny płomień. W przeciwnym razie polska demokracja pozbawiona lewicy na długi czas pozostanie w ciemnościach.

Wydanie: 18/2010

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy