Słuchajcie Sofii

Słuchajcie Sofii

Sporo lat temu wracałem pociągiem z konferencji w Tuluzie do Paryża. Byłem zmęczony, niewyspany, a więc w złym humorze. Ledwo wszedłem do przedziału i rozgościłem się jako tako, zasiadła przede mną zażywna paniusia. Była z gatunku tych – od razu to się poznaje – którzy chętnie nawiązują znajomości i lubią sobie pogadać przez długą i nudną drogę. A właśnie na coś takiego nie miałem akurat najmniejszej ochoty. Czym prędzej wyjąłem więc książkę, podniosłem ją tak, że zasłaniała mi niemal całą twarz, i udawałem, że pogrążam się w lekturze. Tytuł w dziwnym narzeczu na okładce zwróconej ku współpasażerce (książka była polska) miał ją dodatkowo zniechęcić, jakie bowiem wspólne tematy można znaleźć z barbarzyńcą? I w jakim języku? Niestety, nie na wiele to się zdało. Już po 15 minutach jazdy pojawił się konduktor. Parę grzecznościowo wymienionych zdań, choć starałem się je wypowiadać z najszkaradniejszym akcentem, zdradziło, że władam mową Rabelais’go i Prousta.

Nie doceniłem paniusi. Gdy tylko konduktor wyszedł, zanim zdążyłem chwycić książkę, spadła na mnie jak sokół. – Widzę, że jest pan cudzoziemcem. Czy można wiedzieć, jakiej narodowości?
Na szczęście miewamy w życiu chwile olśnienia. Przechyliłem się ku niej i wycedziłem: – Jestem Bułgarem. Myślałem, że rzuci ją w przeciwległy kąt przedziału. Do samego Paryża nie odezwała się już ani słowem. Mogłem nawet zdrzemnąć się słodko.

Nie ma w tej jak najbardziej autentycznej anegdocie nic uwłaczającego Bułgarom. Prawdą jest jednak, że do niedawna jeszcze ci Francuzi, którzy wiedzieli, gdzie leży Bułgaria, uważali ją za europejskie antypody, gdzie wszystkiego można się spodziewać, z którymi nic ich nie łączy i których los jest im właściwie całkowicie obojętny. Co innego Polska, która, w każdym razie po 1989 r. i wstąpieniu do Unii Europejskiej, jawiła się z każdym rokiem coraz bardziej partnerem, państwem odpowiedzialnym, z którego zdaniem należy się liczyć. Okazuje się jednak, że atuty przez lata zbierane jakże łatwo i głupio można roztrwonić.

Czytam oto – a wzmiankowała o tym francuska prasa nie tylko centralna, ale i regionalna, znak, iż rzecz odbiła się głośnym echem – że premier Bułgarii zarzucił Polsce ksenofobiczną nielojalność wobec Unii Europejskiej w kwestii przyjmowania uchodźców z Bliskiego Wschodu, brak solidarności wobec unijnych partnerów, czyli, summa summarum, co oczywiście powiedziane było innymi słowami i spowite w eufemizmy, rozbijactwo i działanie na szkodę Wspólnoty. Zgaduj-zgadula, jak zostało to przyjęte, nie tylko zresztą nad Sekwaną? Okazało się, że Bułgaria ma swoje zdanie i można na nią liczyć w trudnych chwilach. Wzbudziło to powszechną sympatię i zainteresowanie odległym krajem. Przypomniano sobie np. (nareszcie!), że podczas II wojny światowej tylko Bułgarzy i Duńczycy, którym ileż było łatwiej, chronili swoich obywateli wyznania mojżeszowego i nie wydawali ich hitlerowcom. Niedługo dowiedzą się też Anglicy, Francuzi czy Belgowie, że jest w Bułgarii ciepłe morze i są piaszczyste plaże o wiele przyjemniejsze, co jest skądinąd stuprocentową prawdą, niż nad zimnym Bałtykiem. Tak oto w króciutkim czasie bułgarskie papiery poszybowały w górę. Tylko czyim kosztem?

Naszego rządu to oczywiście nie obchodzi. Podobnie jak nie zauważa on międzynarodowego odbioru gaf ministra spraw zagranicznych, zamachu na Trybunał Stanu, wycinania Puszczy Białowieskiej etc. Nie będzie Europa pluć nam w twarz i nami komenderować. PiS jest silne piastowskim duchem, dlatego nawet brata się z mieczykami Chrobrego. I to jest właśnie najśmieszniejsze. Stabilna i silna Polska to bowiem Polska w Unii Europejskiej, wytrwale umacniająca swoją w niej pozycję i autorytet. Rzeczpospolita w wersji naszych, pożal się Boże, narodowców to kruchy i niepewny twór między niechętnymi sąsiadami, do którego i reszta Europy straci powoli cierpliwość.

Nie zgadzam się też z tezą, że im dalej od Unii, tym bliżej do Putina. Dla Rosji również Polska liczy się tylko jako istotny (jeszcze) członek Wspólnoty. Ze zdaniem zmarginalizowanych na własne życzenie nie liczy się nikt. Jak widać, Bułgarzy zrozumieli, że Europa to rodzina, wewnątrz której bywają waśnie i spory, ale w potrzebie pozostaje zwarta i solidarna. My zaczynamy grać w tej rodzinie rolę kapryśnego i niesfornego synka, robiącego innym wbrew, ale niezmiennie domagającego się prezentów, który nie wyobraża sobie, że w końcu może dostać klapsa. To już nie polityka, ale infantylizm.

PS Krytyka premiera Bułgarii dotyczyła także Węgier i Słowacji. Piszę o Polsce, bo bliższa ciału koszula.

Wydanie: 22/2016

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy