Banalne mniejsze zło

Banalne mniejsze zło

Nic nie jest czystym dobrem na tym padole łez. Istnieją tylko stopnie większego i mniejszego zła, i dzięki Bogu niektóre zło bywa czasem całkiem malutkie. Rządy obozu solidarnościowego były mniejszym złem niż władza PZPR, ale już można sobie wyobrazić w Polsce zło mniejsze od tego obozu panującego w rządzie i opozycji.
Zainteresowałem się premierem Donaldem Tuskiem, ponieważ reprezentuje on zło mniejsze niż główny jego konkurent do premierostwa. (Nie mam na myśli prof. Glińskiego, o którym na razie nic nie wiem). Nie zawsze myślałem, że między nimi zachodzi różnica większego i mniejszego zła. Gdy uchwalali zgodnie takie moralne plamy na Trzeciej RP jak lustracja, IPN, CBA i wprowadzali praktykę szykanowania, prokuratorskiego i sądowego dręczenia dawnych, a dziś bezsilnych przeciwników politycznych, znienawidziłem ich obu jednakowo. I oto zapowiada się taka sytuacja, że nie pozostanie mi nic innego, jak wybrać Tuska jako mniejsze zło. Taki jest powód zainteresowania tym, co mówi i robi. Radę ministrów skompletował sobie – z paroma wyjątkami – według zasad Rzeczypospolitej Babińskiej. (Jak ktoś się w szkole o tym nie uczył, to nie moja wina). Gdy ministrem sprawiedliwości mianował niewinnego swojej prawniczej ignorancji Jarosława Gowina (poszkodowanego ponadto przez los brakiem wrodzonego poczucia sprawiedliwości), trzeba było zadać sobie pytanie, co też takiego Tusk sobie tajnie zaplanował, co by tę nominację tłumaczyło. Właściwie wszystkie domysły były niemalże jednakowo dopuszczalne. Nie uważam sobie tego za błąd, że przypuszczałem w zamiarach premiera powrót do rządów POPiS-u. Bo co innego można było wnioskować z osłabiania różnicy między tymi partiami przez wprowadzenie Jarosława Gowina do rządu? Okazało się jednak, że ku temu nie idzie, a POPiS wcielił się jedynie w ministra sprawiedliwości. Do dziś nikt Jarosława Gowina z tej historycznej roli nie zwolnił. Redaktorzy „Gazety Wyborczej” pytają premiera, co on teraz myśli o niedawnym ministrze sprawiedliwości. Okazuje się, że nie myśli nic, co by miało związek z istotą sprawy. Nie jest to kwestia marginalna, przeciwnie, ważna dla każdego, kto by chciał opowiedzieć się w decydującym momencie za mniejszym złem. Tusk sprowadza sprawę do swego „nie pierwszego rozczarowania ludźmi” i zaraz to rozczarowanie osłabia przypomnieniem komunału, że „polityka to twarda gra”. Święty ten komunał źle tu został zastosowany, bo cokolwiek by o Gowinie myśleć, nie można mu przypisać „twardej gry”. Gra on miękko. (Nie wiem, kto pierwszy zauważył, lepiej ode mnie powiedział, że dobry hipokryta to prawie tyle co święty). Poza tym nie można grać twardo, gdy dąży się głównie do prestiżu, a do władzy o tyle, o ile jest jego warunkiem, a więc pozór władzy wystarczy. Premier zapytany, kiedy zrozumiał, że zrobił błąd, mianując Gowina ministrem, odpowiada w sposób świadczący, że do tej pory nie zrozumiał. Rzekomo eksministrowi zabrakło samodyscypliny, niezbędnej, aby wytrzymać dłużej rygory współpracy w rządzie. W rzeczywistości Gowin miał tyle samodyscypliny, ile potrzebował, aby wykorzystać Ministerstwo Sprawiedliwości do autopromocji i niemal nagłego wysunięcia się na drugie miejsce w Platformie Obywatelskiej, pierwsze po Tusku. Wszystko to było przewidywane i łatwe do przewidzenia. Tusk nawet po fakcie dokonanym tego nie dostrzega, a może woli nie dostrzegać, bo bardzo to niemiła rzecz, gdy się okazuje, że nas potraktowano instrumentalnie.
W tej odpowiedzi musiał się też pojawić temat sławnej deregulacji. Czy ta rzekoma liberalizacja rynku pracy należała do zadań ministra sprawiedliwości – premier sobie takiego pytania nie stawia. Dostęp do pewnej ilości zatrudnień został rzeczywiście ułatwiony – przedtem w niektórych przypadkach bez uzasadnienia utrudniony. Do jakiego rodzaju procesów zachodzących obecnie w Polsce ta deregulacja i ta „liberalizacja” należy? W systemie szkolnictwa wyższego deregulacja pojawiła się (by szybko zniknąć) jako projekt zniesienia habilitacji. Chodziło o łatwiejszą i krótszą drogę awansu na stanowiska profesorskie. Podniesiono skądinąd słuszny alarm, że ta deregulacja obniży poziom naukowy profesorów. Projekt odrzucono. Jednakże jego przewidywany skutek i bez tej deregulacji następuje. Droga awansu jest łatwiejsza, poziom kadry profesorskiej coraz niższy (o naukach zmatematyzowanych nie mówię), a zaprowadzone z biurokratyczną tępotą ilościowe kryteria oceny w naukach społecznych i humanistycznych (trochę wątpliwe rozróżnienie) zacierają różnicę między tymi, którzy rozumieją, i tymi, którzy nic nie rozumieją. Reforma szkolnictwa wyższego, z której rząd Tuska jest tak dumny jak rząd Buzka-Krzaklewskiego z OFE, prowadzi do regresu kulturalnego nie tylko w szkolnictwie wyższym. Jeszcze trochę czasu musi upłynąć, zanim demagodzy wezmą sprawę w swoje ręce i ogłoszą ludowi, co się stało. Jednym zdaniem: deregulacja idzie razem z obniżaniem się poziomu usług wszelkiego rodzaju, od szkolnictwa zaczynając, i nie wiem, na czym kończąc, bo końca nie widać. Na razie wielkie akty ustawodawcze czy polityczne płynące z tym prądem mogą liczyć na szerokie społeczne poparcie.
Media przedstawiają Jarosława Gowina jako człowieka idei, niemal sumienie Platformy Obywatelskiej. Jakież to idee on objawia Platformie? Powrót do źródeł, to znaczy poglądów znanych do znudzenia i już w chwili narodzin mających wyraźne cechy propagandy. Z nowszych tematów dodaje obronę OFE, posługując się już ponad dwa lata klepanymi sloganami lobbystów w rodzaju: „propozycje rządowe nie są reformą”, jak gdyby niczego prócz reform rząd nie miał prawa postanowić, albo „mają na celu jedynie załatanie dziury w budżecie”, jakby to był cel zasługujący na lekceważenie. Ma silne przekonania w sprawach, na których nie wiadomo czy się zna. Mówi w wywiadzie: „Przejęcie środków OFE przez ZUS to nacjonalizacja prywatnej własności” („Polska The Times”, 5.07.2013). O czym mówi? Chyba rząd nie planuje tak hazardowego posunięcia jak wycofanie środków OFE działających na giełdzie, co by go naraziło na wściekły gniew ważnej części klasy średniej, nie mówiąc o skutkach ekonomicznych. Chodzi więc zapewne o te środki, które dopiero wpływają do OFE, a tych znacjonalizować z powodów logicznych nie można, bo zostały znacjonalizowane już w momencie, gdy własność prywatna została zabrana przez państwo w formie podatku i już w tej paskudnie znacjonalizowanej postaci skierowana do OFE. Były minister sprawiedliwości nawet nie próbuje oświetlić spornego zagadnienia w sposób merytoryczny i dodać coś od siebie (skoro zabiera głos). W jego wypowiedziach ciągle się słyszy: „ja należę do tych, którzy”, „ja nie należę do tych, którzy” i ciągle ja i ja. O czymkolwiek by mówił, będzie to przede wszystkim deklaracja dobrej przynależności.

Wydanie: 29/2013

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy