Minister Czarnek może spać spokojnie

Minister Czarnek może spać spokojnie

Wiadomo, że każda próba odwołania ministra rządu, który ma za sobą sejmową większość, skazana jest na niepowodzenie. Czy zatem składanie przez opozycję wniosku o wotum nieufności ma jakikolwiek sens? Może mieć, ale nie musi. Rozpatrywanie wniosku w Sejmie daje opozycji szansę publicznego skrytykowania ministra, którego wotum dotyczy, oraz rządu i jego polityki, stwarza też okazję do zaprezentowania własnych poglądów i propozycji. Tak było również w przypadku odwołania ministra Czarnka. Oczywiste było, że koalicja rządząca swojego ministra obroni. Byłoby skrajną naiwnością liczyć, że do opozycji, a i to niecałej, dołączą posłowie Porozumienia. Nawet gdyby tak się stało, i tak zabrakłoby głosów do odwołania ministra. Ale aż tak naiwna Platforma chyba nie jest. Wiedziała zatem, że wniosek o wotum nieufności zostanie odrzucony. Jedyną niewiadomą było, iloma głosami. Zgłoszenie wotum miało więc dać tę szansę publicznej debaty parlamentarnej. Tyle że posłowie opozycji do debaty się nie przygotowali.

Ministra Czarnka jest za co krytykować. Ale opozycja nawet tego nie potrafiła zrobić. Powoływanie się w wystąpieniu sejmowym na obawy i niepokoje spotkanej przypadkowo na ulicy babci kilkorga wnuków albo na opinię napotkanej (też przypadkiem?) 15-latki przypominało kazania w „stylu kapucyńskim”, jakie można często usłyszeć zwłaszcza w prowincjonalnych kościołach. Raziło naiwnością, żeby nie powiedzieć dosadniej: infantylizmem. Na tle słabo argumentujących swój wniosek posłów opozycji posłowie PiS, sam minister Czarnek, a wreszcie broniący swojego ministra premier Morawiecki byli znacznie bardziej przekonujący. Z tupetem wzbijali się na wyżyny demagogii, semantykę naciągali jak gumę od majtek, za nic mieli logiczną zasadę sprzeczności. Pan premier, broniąc ministra, a przy okazji polityki rządu, twierdził np., że PiS chce odideologizować szkoły i uczelnie, wytępić zalęgłe tam rzekomo lewactwo, naprowadzić na jedynie słuszną drogę wartości narodowych i chrześcijańskich. Czyli wedle semantyki pana premiera odideologizowanie polega na zwalczaniu jakiejś ideologii i zastępowaniu jej inną. Ma zatem być wojną ideologiczną i odgórnym wprowadzaniem ideologii miłej pisowcom. No, wedle słownika słowo to znaczy jednak coś innego.

Poseł Konfederacji Krzysztof Bosak zaatakował ministra Czarnka za to, że za słabo i za mało efektywnie walczy z lewactwem w szkołach i na uniwersytetach! Odniósł się także do punktacji czasopism i grantów Narodowego Centrum Nauki.

Jako człowiek starej daty uważam, że dobrze jest wiedzieć, o czym się mówi. Pan Bosak ewidentnie nie podziela tego poglądu. Wprawdzie, jak wiadomo, studiował na kilku uczelniach kilka kierunków, ale żadnego nie ukończył, uznał jednak, jak widać, że to już upoważnia go do wypowiadania się w sprawie nauki. No więc wypowiada się. Poseł uważa, że niesłusznie czasopisma zagraniczne są wyżej punktowane niż nasze krajowe. Nawiasem mówiąc, nie jest to prawdą. Po ostatnich zmianach niektóre polskie czasopisma, zwłaszcza kościelne, punktowane są wyżej niż prestiżowe zagraniczne. Zdaniem posła naukowiec Polak powinien pisać po polsku. Podążając konsekwentnie za tym tokiem rozumowania, ponieważ każdy Polak to katolik, każdy naukowiec (Polak katolik) powinien pisać po polsku w czasopismach kościelnych.

Pan poseł nie wie (bo niby skąd ma to wiedzieć, skoro żadnych studiów nie ukończył), że nauka jest jedna. Nie jest przypisana do żadnej nacji, do żadnego terytorium. Jest jedna, rzecz w tym, by mieć w niej udział, by móc korzystać z jej ustaleń. Ambicją, ale też patriotycznym obowiązkiem uczonego Polaka jest mieć w tej światowej nauce jak największy udział – by jego prace były czytane, cytowane, by inspirowały innych badaczy. Jeśli ktoś pisze po angielsku, szansa na to, że jego praca zostanie w świecie zauważona, że wejdzie

do światowego obiegu, wzbogaci naukę światową, jest większa, niż gdyby była napisana po polsku i tylko w Polsce czytana. A czasopismo prestiżowe, światowe, tym się różni od np. zeszytów naukowych małej szkoły wyższej na polskiej prowincji bądź czasopisma kościelnego, że jest czytane w całym świecie, cytowane przez uczonych z całego świata, ma wpływ na poziom nauki i kierunki jej uprawiania. Zanim artykuł zostanie opublikowany w prestiżowym czasopiśmie, musi przejść anonimowy proces recenzowania przez wybitnych uczonych, specjalistów z danej dyscypliny, reprezentujących różne ośrodki naukowe. Aby opublikować (po polsku) artykuł w jakichś zeszytach naukowych prowincjonalnej szkoły wyższej, czasem wystarczy znać ich redaktora. Tym się różni czasopismo prestiżowe od nieprestiżowego.

Pan poseł dziwuje się również, że wnioski o granty NCN trzeba pisać po angielsku, i napomina, że to nawet w czasie okupacji nie było praktykowane. Pomijam napuszoną demagogię oraz idiotyczne porównanie do czasów okupacji. Wyjaśnię tylko, że niektóre wnioski o granty są recenzowane przez uczonych zagranicznych, którzy na ogół nie znają polskiego, i aby można było skorzystać z ich recenzji, trzeba im wniosek o grant przetłumaczyć na angielski. Którego znajomość w Polsce jest dość powszechnie deklarowana.

Mając takich przeciwników, jak ci, którzy w Sejmie popierali wniosek o wotum nieufności, minister Czarnek może spać spokojnie. Spokojnie zwalczać „lewactwo”, pielęgnować za pośrednictwem szkoły „cnoty niewieście” uczennic i cnoty „żołnierzy wyklętych” u uczniów. A rozpętaną wojnę ideologiczną i światopoglądową nazywać odideologizowaniem szkoły.

j.widacki@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 31/2021

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy