Wymiary opóźnień

Wymiary opóźnień

Nigdy nie miałem prawa jazdy, jestem wiecznym pasażerem, pociągi to podstawa mojej dalekobieżności. Stwierdzam zatem z perspektywy człowieka, który zjadł zęby na kolei, że nigdy dotąd nie było tylu opóźnień. Owszem, epizodyczne i zawsze nagłe ataki zimy lub sezonowe kradzieże trakcji w czasach recesji wywalały rozkład jazdy i czyniły chaos w sieci połączeń, zdarzały się też huraganowe anomalie pogodowe i inne przypadki losu, ale nigdy dotąd nie odnosiłem wrażenia, że pociąg odjeżdżający na czas jest rzadkością.

Albo mnie ściga jakoweś fatum, albo źle się dzieje w ojczyźnie, bo od ostatniego samobójczego skoku pod lokomotywę, niegdyś przeze mnie opisanego na tych łamach, zdążyłem już skląć w duchu cały batalion samobójców, przez których zatrzymywano ruch na wiele godzin. Zawsze mnie zastanawiał ten wybór, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że decydują się na ten rodzaj pożegnania ze światem ludzie dotkliwie samotni – ich życia były światu doskonale obojętne, więc chociaż śmiercią chcą wpłynąć na jego bieg. A raczej brak biegu – bo wedle zasady domina trup pod kołami blokuje tory i generuje całą serię opóźnień, bo musi przyjechać pogotowie, policja, prokurator, poczynić oględziny, spisać protokół, a co za tym idzie, kolejne rzesze ludzi zostają wciągnięte w lawinę odwołań, opóźnień, przeprosin, tłumaczeń – jedno samobójstwo rozpościera swoje macki na tysiące ludzkich losów, przypadki mnożą się, ktoś nie zdąży na los szczęścia, inny uniknie tragedii, wszystkim zmienią się plany. Jeśli dobrze wybrać miejsce skoku, można zatrzymać ruch w połowie Polski, a to już, trzeba przyznać, całkiem poważny powód do pozagrobowej satysfakcji.

Zaczęły mnie jednak fascynować spóźnienia niegargantuiczne, lecz też nie małe, ot takie 40-minutowe, które już burzą plany, ale jeszcze nie dają szansy na zwrot kosztów biletu. I oto świadkowałem jednemu z nich – maszyna sunie po szynach terminowo, ludność zadowolona z siebie, bo wyłożyła pieniądze na przejazd klasy premium i dostała darmową wodę mineralną, aż tu nagle rutynowa kontrola biletów zamienia się w walkę kogutów. Pan wysportowany jechał z siedmiolatkiem bez legitymacji, konduktor zażądał dopłaty do ulgi, pan nie chciał zapłacić, bo gołym okiem widać, że dziecko w wieku szkolnym, konduktor, że zniżka jest na dokument, nie na oko, i tak od słowa do słowa aż po szarpaninę, wezwanie policji, przedłużony postój, spazmatyczny płacz przerażonych dzieci, nie tylko syna, któremu tatuś wcale nie zaimponował swoją nieustępliwością, ale i małych Ukraińców, którzy na podniesione głosy i panów w mundurach reagują traumatycznie.

Miałem długą podróż przed sobą, pogoda wakacyjna, byłem już na starcie znużony samą myślą o jeździe całodziennej przez tę erupcję testosteronu i złych emocji – zajrzałem do mapy. Znalazłem w połowie drogi miasteczko u stóp góry niewysokiej, ale wybitnej, bo wyniesionej nad niziny, w sam raz na krótką przebieżkę – co mi tam, zrobię sobie przystanek. Ostatni wolny pokój w hoteliku zająłem pod wieczór, ale jeszcze jasny, jak to w czerwcu, z widokiem na rynek, na którym trwały jakieś dziwne obrzędy. Amatorska grupa taneczna sprawiająca wrażenie skrzykniętej naprędce sumiennie trenowała prosty układ w stylu dożynkowym, w kółeczku, do muzyki ludawej (melodia chłopsko-rolna, ale stuningowana patriotyczną nutą), karnie stosując się do instrukcji wodzireja, wykrzykiwanych przez megafon. Do samej nocnej ciszy szlifowali swój układ, a potem od samego rana znowu. Po śniadaniu zagadnąłem recepcjonistkę o możliwość przechowania plecaka, żeby móc pobiec w górę na lekko. Spojrzała na mnie przestraszona, zapytała, co tam mam w środku, a kiedy się dowiedziała, że także laptop, poprowadziła mnie na zaplecze i nakazała schować plecak pod jakimiś gratami, „żeby nie uszkodzili”, a potem dała numer, pod który mam zadzwonić, kiedy będę chciał bagaż odebrać. Już mnie natłok tych dziwności małomiasteczkowych tak wytrącił z równowagi, że pobiegłem byle dalej, byle wyżej, byle zdążyć przed niedzielnymi tłumami na wieżę widokową, a także przed ezoterycznie usposobionymi pielgrzymami, oblegającymi miejsce mocy pod szczytem.

Kiedy wróciłem, hotel obstawiony był panami o smutnych obliczach, a wydzwoniona recepcjonistka cichcem dała mi plecak gdzieś na tyłach budynku. I nagle rozległa się znajoma melodyjka i hoża ludność wraz i wokoło jęła obtańcowywać Przybysza – i wszystko się wyjaśniło, oto premier Mateusz nawiedził Sobótkę znienacka, w przeddzień to reprezentanci ludu z łapanki ćwiczyli choreografię powitalną, zaś nie tylko obsługa hotelowa miała trzymać w ścisłej tajemnicy tę wizytę gospodarską, aby uniknąć niechcianych pytań i gwizdów, wszystko przecież ma przebiegać w atmosferze propolskiej, oznaczającej miłość do rządu i rozkoszne oszołomienie krajem, który wprost miodem i mlekiem ocieka w dobrobycie i powszechnej szczęśliwości. Z niejakim opóźnieniem, ale w końcu wprowadziło nam PiS północnokoreański model kontaktów władzy ze społeczeństwem.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 26/2022

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy