Gdzie jest to miejsce

Pogrzeb Adama Schaffa odbył się po cichu, nie wspomniały o nim gazety, pominęły serwisy telewizyjne. Nie ma się czemu dziwić. Schaff, który żył 93 lata, był postacią historyczną, a żyjemy przecież w okresie „polityki historycznej”, polegającej na tym, aby wykreślać z historii Polski to wszystko, co nie pasuje do bieżącej polityki. A Schaff nie pasuje do niej wyjątkowo. Najpierw, dla mojego pokolenia, był marksistowskim nudziarzem, autorem „Wstępu do teorii marksizmu”, który był lekturą obowiązkową. Potem jako niebezpieczny rewizjonista usunięty został z PZPR, Europa uważała go za jednego z czołowych filozofów marksistowskich, ale w Polsce był przemilczany. Schaff był jedynym bodaj polskim członkiem słynnego Klubu Rzymskiego, zgromadzenia stu prominentnych uczonych światowych, wydających co jakiś czas kolejne raporty o stanie naszego świata – do najgłośniejszych należy pierwszy raport rzymski, dotyczący ekologii, który w dramatyczny sposób postawił na porządku dziennym to kluczowe dzisiaj zagadnienie – ale w Polsce był niemal nikim. Spod skrzydeł Schaffa wyszło całe pokolenie polskich filozofów marksistowskich, z Leszkiem Kołakowskim na czele, które później poszło własną, odmienną drogą, ale o Schaffie nikt się nawet nie zająknął.
Sic transit gloria mundi.
Po wyborach samorządowych, z których lewica wyszła w sposób dziwaczny, niby jako trzecia siła polityczna w kraju, ale równocześnie poszatkowana, pokłócona, z niejasnym programem, pojawiły się tu i ówdzie głosy, że nie ma dziś w Polsce miejsca na lewicę. Co zabawne zresztą, głosy te pochodziły głównie od komentatorów liberalnych, zmartwionych w istocie zakłóceniem symetrii politycznej, w myśl której naprzeciwko silnego obozu prawicowego powinien stać dla równowagi podobnie silny obóz lewicowy. Powinien, ale nie stoi i wielu potencjalnych wyborców lewicy oddało i oddaje swoje głosy formacjom prawicowym, z wysiłkiem dopatrując się pomiędzy nimi jakichś różnic.
Tym rozterkom zwykłych zjadaczy politycznego chleba towarzyszą podobne rozterki myślicieli i filozofów. Wyrazem tych rozterek jest nowa książka Zygmunta Baumana – też zresztą, jeśli się nie mylę, ongiś z kręgu Schaffa – pt. „Praca, konsumpcjonizm i nowi ubodzy”.
Tezą tej książki jest – w ogromnym skrócie – twierdzenie, że współczesna lewica polityczna, a więc światowe socjaldemokracje, sama wydała na siebie wyrok, ponieważ uznała za swoje główne „świętości” kapitalizmu, jakimi są wydajność, wzrost gospodarczy, modernizacja informatyczna itd. Jeśli zaś tak, to dlaczego właściwie należy bronić praw pracowniczych, skoro im mniejsze zatrudnienie i niższe koszty pracy, tym wydajność jest większa? Dlaczego dopominać się o redystrybucję bogactwa społecznego, skoro potęga kapitałowa wielkich korporacji daje statystyczny efekt wzrostu? Dlaczego ubolewać nad mnożącą się liczbą „wybrakowanych obywateli” czy też „ludzi na przemiał”, jak mówi o nich Bauman, skoro są oni naprawdę zbędni w gospodarce informatycznej?
Wizja Baumana jest posępna. Jej ważnym składnikiem jest widoczne gołym okiem rozpadanie się wielkich grup społecznych, połączonych świadomością wspólnych interesów materialnych i wspólnymi celami społecznymi. Efektem tego jest rozpad solidarności społecznej, kruszenie się ruchu zawodowego, zanikanie zorganizowanych grup nacisku, rozchwianie wspólnot takich jak spółdzielczość, które stanowiły zawsze żywioł lewicy.
Ten właśnie rozpad jest największym sukcesem współczesnego, postnowoczesnego kapitalizmu. Ludzie z dziecinną naiwnością pozwalają odbierać sobie jeden za drugim wszystkie uciułane przez dziesięciolecia walk i oporu przywileje społeczne i pracownicze, obniżać płace, pozbawiać się stabilnego zatrudnienia, ponieważ nie działają wspólnie, lecz każdy traktuje siebie jako osobną jednostkę, która liczy na to, że jej właśnie być może się uda. W Polsce ostatnimi grupami społecznymi, które zdobywają się na solidarność, są mniejszości seksualne, upominające się głośno o swoją równość z innymi, a także ruchy feministyczne, wołające o ukrócenie piekła kobiet. Ale i tutaj, jak dowiadujemy się z badań CBOS, liczba kobiet domagających się całkowitego zakazu aborcji zrównała się już z tymi, które chcą prawa do aborcji, gdy zagrożone jest zdrowie matki lub gdy ciąża jest skutkiem gwałtu. Czy oznacza to, że panie walczące z aborcją gotowe są płacić zdrowiem za niechciany poród albo rodzić dzieci gwałcicieli? Oczywiście, że nie. Ale liczą, że im osobiście uda się tego uniknąć, że jest to kłopot innych.
Z diagnozy Baumana, co słusznie podkreśla w recenzji z tej książki Adam Leszczyński, jeden z nielicznych uwrażliwionych społecznie autorów „Gazety Wyborczej”, wynika w konsekwencji rozpad społeczeństwa. Ten rozpad jest faktem dotyczącym nie tylko nas, lecz większości krajów ponowoczesnych, w Europie i Ameryce. Wielkim, ponadnarodowym korporacjom społeczeństwo w tradycyjnym rozumieniu tego pojęcia, a więc złożone także z solidarnych grup interesów, jest w istocie niepotrzebne. O wiele łatwiej manipulować pogubionymi, oddzielnymi jednostkami.
Niedawno jakaś pani zaproponowała publicznie, aby w Polsce znieść święto 1 Maja, czym na serio zainteresowały się media, pokazując ową żałosną osobę na ekranach telewizorów. Reformatorka argumentowała, że 1 Maja był świętem klasy robotniczej, a klasa robotnicza kurczy się i rozpada, więc nie ma komu świętować. Nie chodzi już nawet o to, że 1 Maja obchodzony jest na całym świecie jako święto ludzi pracy, a tych przecież jeszcze trochę zostało, lecz o to, że z błyskawicznej sondy na ten temat wynikło, iż większość zapytanych była za utrzymaniem tego święta, ale nie po to, aby wyartykułować potrzeby i krzywdy ludzi pracy najemnej, tylko dlatego, że pomiędzy 1 a 3 maja tworzy się wygodny „mostek”, dający w rezultacie trzy dni laby.
Pytanie, czy jest dziś miejsce dla lewicy, jest pytaniem ogromnym, trapiącym, jak widać, zarówno zwykłych wyborców, jak i myślicieli. Jakkolwiek też złożona jest odpowiedź na to pytanie, jedno wydaje się pewne: miejsce to jest z pewnością nie tutaj, gdzie lewica znajduje się obecnie.
Adam Schaff późne swoje prace (a pracował do ostatnich niemal lat długiego życia) poświęcił problemowi alienacji, a więc wyobcowania jednostki ze społeczeństwa, a także – co stanowiło jedno z odkryć Marksa – wyobcowania człowieka od własnych dzieł, towarów i stworzonych przez siebie układów społecznych. Ludzie po prostu są w stanie sami, przez własne działanie, wytworzyć sobie stosunki społeczne, w których nie daje się żyć.
Brzmi to aktualnie, choć nie twierdzę, że Schaff był dalekowzrocznym wizjonerem. Tak czy owak jestem jednak spokojny, że nikt na polskiej lewicy politycznej nie czytał Schaffa, starego marksistowskiego nudziarza.

Wydanie: 48/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy