Londyn – Warszawa

Londyn – Warszawa

Na długi weekend lecę do Londynu z siedmioletnim synkiem. Zapomniałem, że mając tylko bagaż podręczny (tanie linie), powinienem dobrze przemyśleć, co zabieram. Spakowałem krem do golenia i żel do włosów, zdawały mi się niewinne. Kontroler jest bezwzględny wobec kremu do golenia, żel do włosów puszcza, mówiąc: „Udaję, że tego nie widzę”. Myślę: kontroler angielski nigdy by czegoś takiego nie powiedział. Za to też lubię Polskę. Zabór kremu pogarsza mój nastrój – mam problemy z depresją, listopad to dla mnie okrutny miesiąc. Lecę więc w ciemniejącej chmurze myśli.
W Londynie byłem po raz pierwszy w roku 1972. Nie wiedziałem, że jestem taki młody, tego zwykle się nie czuje. Swoją młodość najlepiej widzi się w późniejszych latach. Wtedy już na lotnisku uderzył mnie zapach niezwykły, lepszy, higieniczny. Dzisiaj nasze lotniska pachną tak samo. A w roku 1993 spotkałem się w Londynie z Miłoszem, ale to już inna, zabawna historia, może będzie jeszcze okazja, by ją opowiedzieć.
Mieszkamy blisko centrum, w pięknym domu kuzynki, której nigdy wcześniej nie widziałem na oczy, niedawno usłyszałem o jej istnieniu, odnalazła mnie dzięki internetowi. Simon, mąż Basi, jest cenionym angielskim rzeźbiarzem.
To, jak się zmieniło centrum Londynu, jest dla mnie szokiem. W najbardziej szalonych snach nie wyśniłbym takiej architektonicznej przyszłości miasta. Patrzę z trwogą przez Tower Bridge na szkło i stal drapaczy chmur. Książę Walii był znany z tego, że walczył, aby centrum miasta nie obrosło wieżowcami. I nic. W Paryżu bez następcy tronu to się udało. Jeśli ktoś chce, może się pocieszać, że wieżowce też wkrótce staną się zabytkiem, a wtedy zyskają. Dzisiaj wszystko się starzeje dziesięć razy szybciej niż kiedyś, tylko ludzie starzeją się wolniej. Nie wolno więc wystawiać architekturze ostatecznych ocen, nie wiemy, jak się zestarzeje. Wieża Eiffla, jedyny wysoki obiekt w centrum Paryża, po swoich narodzinach była uważana za wyjątkowe monstrum, miała być rozebrana, ale ciekawie się zestarzała, podobnie nasz Pałac Kultury.
W Londynie myślę o Polsce. To miasto jak wielki odkurzacz wysysa nam z kraju, co mamy najlepszego. Największym dobrem narodowym są wykształceni, zaradni i pracowici ludzie.
Polska doznała strasznego upustu krwi w czasie II wojny, boję się, że teraz spustoszenia będą nie mniejsze. Tylko do Londynu przybyło ponad 100 tys. rodaków. W Anglii od niedawna jest takie powiedzenie: „Polacy zbudują ci wszystko lepiej i za połowę ceny”. Nie ma w tym kpiny czy lekceważenia, to dobra rada. Wedle powszechnej tu opinii, Polacy więcej Anglii dali, niż od niej wzięli.
Kiedy spotykam się w kraju z młodymi zdolnymi, wszyscy chcą wyjechać i pewnie zrobią, jak planują – są zaradni. Jestem umiarkowanym patriotą, a może nieumiarkowanym, skoro tak mnie to boli. Mówię: w Polsce jest tak wiele do zrobienia, tam wszystko gotowe. I utracicie pień języka, będziecie tylko jedną z gałęzi na tamtym drzewie, młodym teraz wszędzie bardzo trudno, oddacie Polskę w ręce prawicy narodowej. Oni na to: także z tego powodu wyjeżdżamy, Polska nie jest tolerancyjna. Myślę: ta generacja nie chce już walczyć, chce żyć dobrze i spokojnie. Bardziej ich nie rozumiem, niż rozumiem, nadal jestem człowiekiem walki.
Rozmawiam z Simonem i Barbarą, mówią, że ich córka studiuje malarstwo: to takie niepraktyczne. Pytają, czy znam piosnkę Sex Pistols, z roku 1976, ze słowami: „Nie ma przyszłości, nie ma przyszłości dla ciebie”. Wtedy uznano, że to literacka przesada. Dzisiaj młodzi w Warszawie i we wszystkich stolicach Europy tak czują. Nasi rodacy jednak uparcie wierzą, że lepsza przyszłość jest gdzieś tam. Kuzynka mówi: „W Polakach, którzy tu przyjeżdżają, widzę mityczne przekonanie, że wszędzie na zachód od Odry jest o wiele lepiej. A to my przejedliśmy naszym dzieciom przyszłość”. Myślę tak, nasze kredyty, życie na wyrost.
Wracałem do Warszawy w kiepskim stanie. Na lotnisku mój siedmiolatek stał się najbardziej podejrzanym pasażerem, w bramce uparcie pikał, wsadzono go na jakieś urządzenie, nic nie znaleziono, nadal pikał. Byłem przerażony, on nie za bardzo. Łaskawy kontroler w końcu machnął ręką. Nie doceniłem Anglików.
Złe samopoczucie wzmogło się, kiedy ujrzałem, że tego dnia spalono na placu Zbawiciela tęczę utkaną z kwiatów. Lubiłem ją nie dlatego, że jest czegoś symbolem, była piękna. Czasami w nocy, jadąc przez miasto, skręcałem na plac Zbawiciela, by na nią popatrzeć.
W powstałej z ruin Warszawie była znakiem witalności, uśmiechem. A tak mało w tym mieście uśmiechów. Nie ma powodu używać czasu przeszłego. Ponowne męczeństwo zapewni jej długi żywot. Mówiłem nie tak dawno w telewizji, że będę bronił tęczy. Czułem, że jest zagrożona. Całe szczęście, że mam dobre usprawiedliwienie.

Wydanie: 48/2013

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy