Demokracja w Kościele

Demokracja w Kościele

Nie bardzo chcę dołączyć do chóru piszących o pedofilii w Kościele. Po ostatnich skandalach w Dominikanie została chyba przekroczona pewna masa krytyczna. W mediach pedofilia księży urosła do problemu numer jeden współczesnej Polski. Z całym szacunkiem dla ofiar księży pedofilów, nie bagatelizując problemu, stwierdzić trzeba stanowczo, że nie jest to najważniejszy dziś problem Polski ani nawet najważniejszy problem polskiego Kościoła, nie mówiąc już o Kościele powszechnym. Sposób reakcji na ten problem obnaża jednak mentalność i formację moralną znacznej części polskiego Kościoła instytucjonalnego. Mentalność i moralność wielu hierarchów i zwykłych księży. Wielu. Niestety, większości wypowiadających się publicznie. Szczerze mówiąc, jest to obraz dość żałosny. Słabość intelektualna, buta i rzucająca się w oczy obłuda.
Pamiętam, dawno temu prof. Konstanty Grzybowski tłumaczył nam na wykładach, że mentalność francuskiego jezuity w XVII w. była mentalnością ówczesnego francuskiego szlachcica, podobnie jak mentalność polskiego jezuity była mentalnością polskiego szlachcica. Czyją mentalność ma współczesny polski hierarcha kościelny? Spróbujmy spojrzeć na Kościół w Polsce bez emocji, w kategoriach czysto socjologicznych.
Przez całe stulecia duchowieństwo było najlepiej wykształconą i obytą w świecie grupą społeczną. To duchowni prowadzili kancelarie królewskie i zakładali pierwsze szkoły. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu proboszcz był najlepiej wykształconym mieszkańcem wsi. Proboszcz i jego wikary mieli zdane matury i skończone studia teologiczne. Nawet kierownik miejscowej szkoły miał ukończone zaledwie seminarium nauczycielskie, niedające matury i nieuprawniające do rozpoczęcia studiów uniwersyteckich. Z proboszczem pod względem uczoności mógł najwyżej konkurować dwór. Ale dwór był od wsi oddzielony barierą kulturową i społeczną, księża zaś byli z natury rzeczy w środku tej wiejskiej społeczności. To budowało pozycję i autorytet księdza. Poza tym zaryzykowałbym twierdzenie, że księża byli relatywnie lepiej wykształceni niż dziś. Seminaria diecezjalne lokowane były z reguły w dużych ośrodkach uniwersyteckich, tam gdzie na uniwersytetach były wydziały teologiczne. Jeszcze do niedawna w Krakowie, obok seminarium krakowskiego, były seminaria diecezji częstochowskiej i śląskiej, nim biskupi nie zabrali ich do swoich diecezji. Obok licznych seminariów diecezjalnych księży kształci ogromna liczba seminariów zakonnych, o różnym, obawiam się, że czasem bardzo niskim, poziomie. Tymczasem poziom wykształcenia społeczeństwa znacznie się podniósł. Wiejski proboszcz ma do czynienia nie z niepiśmiennym ludem, którego edukacja zakończyła się co najwyżej na czteroklasowej szkole, nauczyciele pokończyli studia, wieś nie jest już odcięta od reszty świata, jak to było jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Młodzież uczy się w miastach, wielu ludzi ze wsi w mieście pracuje, ludzie jeżdżą po świecie, oglądają telewizję. Większość Polaków mieszka dziś w miastach, procent ludzi ze średnim i wyższym wykształceniem rośnie z każdym rokiem. Podobnie rośnie znajomość świata. Dziś pozycja i autorytet księdza w społeczności wiejskiej, nie mówiąc już o miejskiej, musiałyby opierać się na czymś innym. A nie bardzo mają na czym. Rodzi to tym większy sentyment do dawnych dobrych czasów i tym silniejsze przekonanie, że świat jest coraz gorszy. A on jest tylko inny. Ta tęsknota za dawnymi dobrymi czasami jest jednym z ważnych czynników łączących Kościół z najbardziej konserwatywnymi, ciemnymi siłami społecznymi i ich polityczną reprezentacją.
Często przywołuje się prześladowanie Kościoła w okresie komunistycznym, choć po 1956 r. słowo prześladowanie nie oddaje istoty rzeczy – Kościół był w wielu dziedzinach swojej działalności ograniczany, katolicy byli dyskryminowani, ale nie były to prześladowania! Duchowni żyli na ogół w dobrobycie, jeździli dobrymi samochodami, wielu z nich zupełnie dobrze (aż za dobrze czasem!) współpracowało z władzami. I nie przesadzajmy, chętnych do naśladowania ks. Popiełuszki nie było zbyt wielu.
Po 1989 r. nowe państwo chciało krzywdy wyrządzone Kościołowi w czasach PRL naprawić. Naprawiło z naddatkiem.
W mocno zeświecczonej Europie Zachodniej Kościół już dawno się odnalazł. Znalazł dla siebie miejsce w nowoczesnym społeczeństwie. Zajął się oświatą, opieką społeczną, służbą zdrowia. Szkoły katolickie w Europie Zachodniej mają na ogół wysoki prestiż. Uniwersytety katolickie w Stanach Zjednoczonych czy nawet w zupełnie niechrześcijańskiej Japonii reprezentują wysoki poziom.
Tamtejsi hierarchowie kościelni nie mają, w przeciwieństwie do naszych, ambicji politycznych. Potrafią cieszyć się tym, że coraz bardziej świecki świat zachodni promuje wywodzące się z Ewangelii pojęcie miłości bliźniego, które przybrało kształt obrony praw człowieka, potępienia agresji, ochrony środowiska naturalnego…
Wielu ludzi łączy swoje nadzieje z nowym papieżem Franciszkiem. Nie mam złudzeń. Franciszek odgórnie nie zmieni polskiego Kościoła. Ale daje przykład i przyzwolenie. To wierni muszą oddolnie wymusić zmiany. Ks. Tischner przekonywał nas kiedyś: „Mówicie, że w Kościele nie ma demokracji. W Kościele demokracja jest. Głosowanie odbywa się co tydzień – na tacę”. No to głosujmy.

Wydanie: 42/2013

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy