Nie ma czego rozdawać

Nie ma czego rozdawać

Mają przed sobą ponad 1400 dni. Wystarczająco dużo, by mogli pokazać, czy są warci głosów poparcia, które dostali w wyborach. Lekko im nie będzie. Trafili bowiem na zły czas, gdy niezwykle mało będzie do rozdawania. A jak nie ma co dzielić, to bardzo trudno o wdzięczność społeczeństwa, grup zawodowych czy regionów. Wygląda na to, że najpopularniejszymi słowami w Sejmie będą cięcia i oszczędności. I w nich jest pies pogrzebany. Komu zabrać lub przynajmniej przyciąć? O takie operacje chirurgiczne będą się toczyły największe bitwy w tej kadencji. Ktoś musi przecież zapłacić za kryzys, który już włożył stopę w polskie drzwi. W najgorszej sytuacji będą ci, którzy nie mają silnej reprezentacji w parlamencie, czyli środowiska, które w Europie są zwykle zapleczem partii lewicowych. Tam są to relacje wzajemne, bo partie lewicowe troszczą się o te środowiska na co dzień, a nie tylko przy okazji wyborów.

U nas, poza sporem o to, kto jest dziś prawdziwą lewicą, nikt się jeszcze nie zająknął o tym, kogo i dlaczego lewica będzie chronić przed skutkami kryzysu, a komu chce zabrać. W kraju, w którym tak bardzo wzrosły rozpiętości w dochodach i poziomie życia i tyle jest cwaniackich fortun wyrosłych z szarej strefy, nie ma chyba kłopotów z diagnozą sytuacji. Tylko woli zmian i determinacji nie ma. Takiej determinacji i mądrości politycznej, jaką pokazał w Senacie Kazimierz Kutz.
Zamiast zwyczajowych banałów Kutz zaproponował głębszą refleksję nad sytuacją, w której znajduje się Senat.
Ratunkiem dla izby dumania miały być jednomandatowe okręgi wyborcze. Zmiana ordynacji miała odpartyjnić Senat, do którego miało trafić więcej osób niezwiązanych z partiami, za to z dużym dorobkiem zawodowym. Efekt wyborów zaskoczył wszystkich. Dominacja PO jest jeszcze większa niż w poprzedniej kadencji. Kutz ma więc rację, gdy mówi, że Senat jako gumka myszka służąca do poprawiania ustaw nie ma najmniejszego sensu. A na jałowe dysputy i celebrowane obrzędy szkoda czasu, pieniędzy i mądrych ludzi, którzy dla państwa polskiego mogliby robić rzeczy pożyteczniejsze.

Na szczęście po decyzji Sądu Najwyższego nie będzie na Wiejskiej dwóch dygnitarzy z okresu, gdy prokuratura była w twardych objęciach PiS. Zrobili błyskawiczne kariery prokuratorskie za rządów Ziobry. Należeli wówczas do najbardziej zaufanych ludzi z jego ekipy. Mieli wtedy taką władzę i tak silne wsparcie polityczne, że ustawową apolityczność prokuratury mogli traktować jako nieobowiązujący ich martwy zapis. Kto by się tym przejmował, gdy sypały się awansy, występy telewizyjne i areszty wydobywcze. Ta hucpa nie mogła jednak trwać zbyt długo. Skończyło się źle. Najmarniej dla samej instytucji prokuratury, której autorytet mocno wówczas ucierpiał, ale też niedobrze dla wielu uczciwych i kompetentnych prokuratorów, do których przylepiły się brudne łaty z niesławnych czasów Ziobry. Niewiele brakowało, by ludzie odpowiedzialni za ten kryzys prokuratury schowali się za immunitet poselski. Nie zdążyli! Może więc sprawiedliwość, choć nierychliwa, dotknie wreszcie samego jądra układu, którego tak bezpardonowo szukali, a który, jak widać, sami stworzyli.

Wydanie: 46/2011

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy