Kultura apatii

Kultura apatii

Polskie przygotowania do Euro 2012 to niezły obszar do analiz kulturowych zachowań społeczeństwa polskiego. Zamiłowanie do rozwiązań prowizorycznych, załatwiania wszystkiego na ostatnią chwilę, brak umiejętności współpracy i działania grupowego, dominacja interesu prywatnego nad dobrem ogółu. A wszystko to w atmosferze wszechogarniającej obojętności. Schody na Stadionie Narodowym w Warszawie prawdopodobnie trzeba będzie rozbierać, przez co budowa opóźni się o wiele miesięcy, a koszt i tak już bardzo drogiej inwestycji jeszcze bardziej wzrośnie. W Poznaniu nie dość, że hałas na stadionie powoduje drgania sąsiednich budynków, to jeszcze murawę trzeba co jakiś czas wymieniać, bo trawa gnije. Ktoś zapomniał o zapewnieniu jej odpowiedniego nasłonecznienia i napowietrzenia. W Gdańsku próbowano organizować mecz z Francją na otwarcie nowego stadionu. Mecz na Pomorzu się nie odbędzie, bo stadion wciąż jest w budowie, a PZPN wywindował ceny biletów do poziomu odwrotnie proporcjonalnego do gry polskich piłkarzy. Nikogo te wszystkie wpadki, opóźnienia i przykłady nieudolności już nie dziwią. Bo stanowi to w polskich warunkach raczej obowiązującą regułę niż odstępstwo od normy. To przy okazji pokazuje, że rynek nie rozwiązuje wszelkich problemów, a zamiana państwowych firm na prywatnych przedsiębiorców niewiele zmienia. Bałagan, jak był, tak jest – teraz odbywa się to w cieniu kapitalizmu i w ramach gospodarki rynkowej.

Kiedy na ulicach Hiszpanii, Portugalii, Grecji i innych państw europejskich wrze i młodzi ludzie wyrażają wściekłość wobec świata biznesu i oficjalnej polityki, w Polsce pokolenie 1500 zł brutto pogrążone w apatii nie myśli o zbiorowym działaniu, lecz wierzy w szczęśliwy ślepy los. Nieliczna grupka zbuntowanej młodzieży – która w czasie wizyty prezydenta Obamy w Polsce sygnalizowała swoje niezadowolenie, otoczona przez kilkakrotnie większe siły policji – wywiesiła transparent z napisem „Jesteśmy wkurwieni”. Jak twierdzili sami zainteresowani, „choć chodziło o wyrażenie swojego uczucia do władz, była to forma wkurzenia na apatię społeczeństwa – sytuacja społeczna pogarsza się, ludzie buntują się na Bliskim Wschodzie, w Europie – a u nas nadal cicho”. Patrząc na kompletną bierność w różnych sytuacjach polskiego społeczeństwa, można zrozumieć tę irytację.
Zobojętnienie i rezygnacja z wszelkich form udziału w życiu zbiorowym to przejaw większego zjawiska społecznego, które wisi nad Polską: zupełnej alienacji jej obywateli. W klasycznej już książce Adama Schaffa na ten temat autor pisał: „Jeśli chce się przezwyciężyć alienację polityczną, która tkwi korzeniami w przekonaniu, że polityka to »brudna rzecz« – gdyż ludzie, którzy mają reprezentować interes ogółu, są przekupni i zmierzają ku osobistym korzyściom – to tylko likwidacja stosunków, które to warunkują, zaktywizuje politycznie członków społeczeństwa”. Wszystkie inne środki to, zdaniem Schaffa, tylko protezy przedłużające trwanie marazmu, gdyż oszukiwanie ludzi, manipulowanie nimi przez zręczną propagandę itp. na dłuższą metę zawodzi.

O ile jednak alienacja polityczna jest wyobcowaniem jednostki z ram istniejącego ładu politycznego, w którym człowiek nie może się odnaleźć, i wyraża się zamykaniem w prywatnej twierdzy z dala od spraw publicznych, o tyle ten proces może się nasilić i przekształcić w alienację kulturową. Wtedy nie tylko oglądanie polityków i słuchanie urzędowych komunałów może powodować ucieczkę w apatię, ale także narzucanie przez media oraz strażników moralności oficjalnych wartości i norm może powodować skręt kiszek. Mówiąc inaczej: kiedy nie możemy już nie tylko oglądać Kaczyńskiego, uśmiechów Tuska i kazań Gowina, ale także kiedy slogany o papieżu, Smoleńsku, Katyniu, wartościach chrześcijańskich, obronie tradycyjnej rodziny powodują zniecierpliwienie i mdłości, to mamy do czynienia z wyobcowaniem kulturowym. Gdzie można się skryć przed kazaniami nadwiślańskich talibów? Jedyną realną ucieczkę dla wielu stanowi wszechogarniający zalew komercyjnej popkulturki, która ogłupia w takim samym stopniu co slogany wygłaszane przez fundamentalistów narodowo-katolickich. Niewielkie enklawy tych, którzy chcą odetchnąć bardziej świeżym powietrzem i myśleniem, nie mają w Polsce wielu przestrzeni dla siebie. Nie chcąc wybierać między Dodą, „M jak miłość” czy „Tańcem z gwiazdami” z jednej strony a transmisją z Watykanu czy narodową szopką z okazji kolejnej historycznej rocznicy, naprawdę można się poczuć wyalienowanym. W okresie PRL ci, którzy nie chcieli wybierać między wizją dziennika telewizyjnego a przykościelną opozycją, tworzyli mocno rozwijający się wówczas trzeci obieg kulturowy. Dziś, ponad 20 lat po zmianie systemowej, rodzima kontrkultura bojkotująca oficjalne ideologie znajduje się w kiepskiej kondycji – albo jej w ogóle nie widać, albo schowana jest w głębokim podziemiu. Nie słychać jej w stacjach radiowych ani nie widać wśród polskiej młodzieży.
Jedną z nielicznych enklaw, gdzie toczą się bardziej krytyczne i niezależne dyskusje o polityce, kulturze, sprawach publicznych, kondycji polskiej demokracji, staje się w ostatnim czasie ponownie społecznie zaangażowany teatr. Władza i strażnicy moralności tolerują niekomercyjne opinie wygłaszane na scenie, zakładając słusznie, że jest to zjawisko niszowe i obejmujące niewielką grupę ludzi. Oficjalne struktury traktują to jako bezpieczną formę rozładowania emocji. Czyżby historia zatoczyła krąg i wróciła sytuacja z lat 70., kiedy to teatr studencki i kultura alternatywna były istotnym, niezależnym kanałem komunikowania w społeczeństwie? Dobrze byłoby, aby środowiska krytycznej i trochę niepokornej inteligencji głośniej zabrały głos w polskiej debacie. I pokazały, że rola konsumenta, wyznawcy dogmatów, klienta banku czy cynicznego przedstawiciela klasy średniej uprawiającego konsumpcję na pokaz, to nie są najważniejsze postacie w polskim dramacie. Jak pokazała już nieraz historia, apatię czasami dość szybko można zamienić we wściekłość…

Wydanie: 23/2011

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy