Koniec postkomunizmu

Felieton ten piszę przed niedzielnymi wyborami, ukaże się on zaś w poniedziałek, po wyborach. Nie będą jeszcze wówczas znane dokładne ich wyniki, ale wiadome będzie to, co wiemy już dzisiaj: że w Polsce nastąpi zmiana rządu i zmiana kierunku politycznego z niejasno centrowego na zdecydowanie prawicowy.
Okaże się, czy w tym prawicowym kursie dominować będzie nurt liberalny, reprezentowany przez Platformę, czy też raczej nurt nacjonalistyczny, reprezentowany przez PiS. Nie wiadomo także – to się okaże dużo później – jak przepoczwarzą się obie te formacje, sprawując rządy, a więc na ile liberalne stanie się PiS, a na ile nacjonalistyczna Platforma. Metamorfozy takie wydają się jednak nieuniknione, jeśli obie te partie zamierzają rządzić razem. Nie wiadomo także, chociaż to raczej można przewidzieć, jak długo trwać będą wyłonione w tych wyborach rządy. Zapewne nie dłużej niż cztery lata, bo dłużej Polacy nie wytrzymują wybranych przez siebie rządów i partii, niektórzy jednak twierdzą, że dużo krócej, a to z powodu trudnych charakterów i wybujałych temperamentów przywódców obu zwycięskich ugrupowań.
I jedno oczywiście jest już jasne: że Sojusz Lewicy Demokratycznej odda władzę i przejdzie do opozycji, nie wiadomo, jak licznej w Sejmie i jak mądrej w życiu społecznym Polski.
Już przed wyborami większość publicystów prawicy głosiła jako pewnik, że cokolwiek się stanie po obliczeniu głosów, wybory te będą „końcem postkomunizmu”. Słyszałem opinię, że pierwszy, śmiertelny cios zadał „postkomunizmowi” Miller, a coup de grâce, cios miłosierdzia, zadał mu Cimoszewicz. Byłoby to więc klasyczne samobójstwo, zadane własnymi rękami…
…Jeśli przez nazwę „postkomunizm” rozumieć będziemy nie lewicę w ogóle, lecz te wszystkie formy i układy, które przez minionych kilkanaście lat uchodziły za parlamentarnego chociażby reprezentanta lewicy, to opinia o „końcu postkomunizmu” godna jest zastanowienia…
…Jednakże, jak wiemy, tak rozumiany „postkomunizm” nie spełnił oczekiwań swoich popleczników. O ile jego zasługą było to, że w nowych warunkach wprowadził lewicę – która, jak się wydawało, zmieciona zostanie z powierzchni ziemi – prominenci przyswoili sobie również wszystkie niemal maniery i zapatrywania swoich pogromców. Niechęć, a przynajmniej dystans do Polski Ludowej, uważanej za ustrój wyklęty i zbrodniczy. Niechęć do własnej, lewicowej tradycji, także przedwojennej, którą należało przemilczeć i wymazać. Dystans wobec własnego elektoratu, złożonego z ludzi biednych i skrzywdzonych. Wiarę w recepturę neoliberalną jako drogę do narodowego dobrobytu. Pokorę wobec Kościoła i bezwzględną akceptację jego politycznych i obyczajowych zaleceń. Wiarę w pieniądz. Zachwyt dla krajowych i międzynarodowych salonów władzy i kapitału. Wiarę w pragmatyczną skuteczność jako jedyne kryterium działania.
W bardzo trafnym artykule w „Polityce” (nr 38/05) Wiesław Władyka i Jacek Żakowski piszą, że owej „postkomunistycznej” formacji, która sprawowała rządy przez ostatnie cztery lata, nie brakowało właściwie niczego. Sukcesów, zarówno międzynarodowych, jak i gospodarczych; fachowców, umiejących administrować; autorytetów przywódczych; społecznego zaplecza. Ale „klęska tej formacji to radykalny triumf politycznego sacrum nad technokratycznym profanum. Rewolucja wartości przeciw polityce prostej użyteczności”.
Autorzy mówią słusznie, że ostatnie cztery lata rządów „postkomunizmu” były latami bez wizji. Nie wiadomo, dokąd miała zmierzać Polska. Nie wiadomo, czym miały się różnić rządy lewicowe od prawicowych czy liberalnych, czego aż humorystycznym przykładem był ostatni rząd Belki albo „reformy Hausnera”.
I w tym sensie – zgoda: pora na koniec „postkomunizmu”.
Świadomość ta dojrzała również szczęśliwie w głównej partii lewicy, w SLD. Jeśli dzisiaj więc Wojciech Olejniczak, nowy szef SLD, pisze w „Gazecie Wyborczej”, że SLD albo będzie partią lewicową, a więc broniącą lewicowego sacrum, albo nie będzie go w ogóle, to ma rację.
Wbrew pozorom oddanie władzy państwowej powinno sprzyjać tej metamorfozie SLD z partii „postkomunistycznej” w partię lewicową. Po stronie opozycji nie ma bowiem posad ani pieniędzy, które wabią ludzi o giętkich charakterach. Nie ma bieżących decyzji rządowych, które skłaniają do lawiranctwa. Jest natomiast i będzie coraz wyraźniej opinia społeczeństwa, któremu rządy obecnych zwycięzców szykują z pewnością dwie atrakcje, o których w akcji przedwyborczej mówiło się dość wyraźnie: pogłębienie liberalnego, a więc potęgującego rozpiętość pomiędzy bogatymi a biednymi i rozdarcie społeczeństwa kursu gospodarczego oraz nasilenie wszelkiego typu lustracji i dekomunizacji, a więc atmosferę szczucia, donosów, wreszcie deptania godności i dorobku życiowego wielu ludzi, ich rodziców, ich rodzin.
Lewica zamiast w gabinetach władzy powinna być teraz wśród społeczeństwa. W ruchu zawodowym i ruchu spółdzielczym. W organizacjach pozarządowych, ekologicznych, regionalnych, samorządowych. W ruchu alterglobalistycznym. W ośrodkach intelektualnych, na uczelniach, wśród naukowców widzących jasno konsekwencje obecnego kursu społeczno-gospodarczego, w środowiskach artystycznych, coraz silniej gnębionych przez prawicową cenzurę, czego wyrazem są dwa wyroki sądowe – na artystkę Nieznalską i pisarza Huellego.
A to przecież dopiero początek. Przecież zaledwie w niedzielę odbyły się wybory.

Wydanie: 39/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy