Czego broni Europa?

Czego broni Europa?

Wszyscy jesteśmy w szoku po zamachu terrorystycznym w Brukseli. Tym razem terroryści uderzyli celnie w środku stolicy zjednoczonej Europy. Miejsce ataku wybrali równie przemyślanie jak ich poprzednicy z Al-Kaidy, którzy w 2001 r. uderzyli w Nowy Jork. Terroryści islamscy atakują miejsca symboliczne dla zachodniego świata. Przed 15 laty uderzyli w jego centrum finansowe, teraz w centrum polityczne Unii Europejskiej. Można by długo dywagować, jakie są przyczyny islamskiego terroryzmu, kto go sprowokował, kto stworzył dla niego warunki. Można po raz kolejny zapytać, czy był sens obalania dyktatur w Iraku i Libii, wspierania rebeliantów w Syrii. Można zapytać, czy naprawdę wierzono w to, że w krajach kultury islamu osiągalne są liberalna demokracja i europejski standard praw człowieka. Do pytań tych trzeba będzie niejednokrotnie jeszcze wracać, ale dziś skupmy uwagę na skutkach tego, co się stało.

Przed samobójczym atakiem terrorystycznym nie da się zabezpieczyć tradycyjnymi sposobami. Nic tu nie dadzą patrole policji ani tym bardziej wojska. Bezradne wobec takich terrorystów są systemy antyrakietowe, pociski rakietowe, naddźwiękowe samoloty czy czołgi. Nawet satelity szpiegowskie nie na wiele tu się zdają. Bezradne są tradycyjne systemy zabezpieczeń, skuteczne wtedy, gdy potencjalny zamachowiec chciał dokonać zamachu, gwarantując sobie po jego dokonaniu minimum bezpieczeństwa, kiedy chciał ocalić nie tylko swoje życie, ale nawet wolność. Wobec zdecydowanego na śmierć w zamachu terrorysty samobójcy te tradycyjne metody są nieskuteczne. On gotów eksplodować ze swoją bombą nawet pod nosem uzbrojonego po zęby patrolu policji czy wojska.

Za bezpieczeństwo płaci się zawsze wolnością. Z obawy przed terroryzmem zaakceptowaliśmy wiele ograniczeń naszej wolności, zgodziliśmy się bez szemrania na upokarzające procedury kontroli osobistej na lotniskach, zaakceptowaliśmy nawet papieża zapakowanego do kuloodpornej gabloty papamobilu. Chcąc wjechać do Stanów Zjednoczonych, pozwalamy się daktyloskopować. Co krok mamy bramki magnetyczne, kamery monitoringu. Do tego już powoli przywykliśmy. Ale okazuje się, że to wszystko za mało.

Skoro wobec terrorystów samobójców bezradne są rakiety, samoloty, czołgi oraz patrole policji, czyli wszystko, co z podatków obywateli teoretycznie dla ich bezpieczeństwa za gigantyczne i coraz większe pieniądze fundują im państwa, to co robić?

Terroryści, zanim zbudują bombę, zanim zaplanują atak, zanim przystąpią do jego realizacji, muszą się jakoś porozumiewać. Muszą się kontaktować ze swoim dowództwem i między sobą. Tak jak w wymiarze strategicznym trzeba im zlikwidować źródła finansowania (Kto od nich kupuje ropę? Kto im pomaga ją sprzedawać? Przecież nie wożą jej w bukłakach przytroczonych do wielbłądów!), tak w wymiarze taktycznym trzeba kontrolować środki łączności. Kontrolować rozmowy telefoniczne, korespondencję elektroniczną i tradycyjną. Kontrolować potencjalnych terrorystów, ale przy okazji miliony ludzi, którzy z terroryzmem nie mają nic wspólnego, a którzy chcieliby korzystać ze swoich praw i wolności, w tym prawa do prywatności. W obronie wolności zachodniego świata poświęcić musimy znów spory obszar tej wolności. Czy jest tu jakaś rozsądna granica, której przekroczyć nie wolno? Kto ją wyznaczy?

Brutalność terroru, wywołane nią cierpienia wielu niewinnych ofiar rodzą chęć odwetu. Przed laty Europa wyrzekła się kary śmierci jako niezgodnej ze swoją koncepcją godności człowieka. To jedna z wartości europejskich. Były jednak środowiska, które domagały się jej przywrócenia. W Polsce liczba zwolenników kary śmierci i jej przywrócenia wciąż wynosiła ok. 60%. Czy w klimacie walki z terroryzmem w Europie nie wzrośnie liczba zwolenników przywrócenia kary śmierci? Czy nie wzrośnie tak znacząco, że rządy i parlamenty będą musiały ulec tym żądaniom? Gdyby tak się stało, byłoby to zwycięstwo terrorystów godzących w europejski ład i europejskie wartości. Zwycięstwo niemal symboliczne.

Kolejną konsekwencją ataków terrorystów islamskich jest coraz powszechniejsza niechęć do przyjmowania uchodźców. Niechęć, jak się okazuje, o wiele silniejsza od ewangelicznej miłości bliźniego, w dodatku szczególnie silna w społeczeństwach, które uważają się za katolickie. Społeczeństwa dotąd otwarte zaczynają się zamykać. Rosną nietolerancja i ksenofobia. Można odnieść wrażenie, że Europa powoli, acz zdecydowanie zawraca z drogi, którą obrała po doświadczeniach II wojny światowej. Co będzie dalej?

Wojna z terroryzmem islamskim to wojna o europejskie, zachodnie wartości. Czy rzeczywiście Europa tę wojnę już przegrywa?

Wydanie: 13/2016

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy