Historia jako gra

Uniwersytet w Bielefeld, który wręczył mi w ubiegłym miesiącu doktorat honorowy, zwrócił się do mnie między innymi z pytaniem, jak będzie wyglądała przyszłość Europy za pięćdziesiąt lat. Wyjaśniłem, że generalnie nie mam pojęcia, wskutek czego odpowiedź moja siłą rzeczy musi mieć charakter silnie ogólnikowy. Napisałem, że w wieku dwudziestym, po pierwszej wojnie światowej, bardzo szybko doszło do następnej, w której Związek Sowiecki i Stany Zjednoczone walczyły ramię w ramię przeciwko Hitlerowi. Jednak po zwycięstwie alianci przeciwstawili się sobie w następnej, tak zwanej zimnej wojnie, trwającej prawie do końca ubiegłego stulecia. Ów przemożny antagonizm, który po obu stronach Atlantyku doprowadził do eskalacji zbrojeń na wielką skalę, włącznie z wyścigiem nuklearnym, zakończył się dopiero dzięki dezintegracji Związku Radzieckiego. Rozpad ów zapoczątkował Gorbaczow, który pragnął swoistej demokratyzacji Sowietów, co jednak doprowadziło do zrujnowania całego systemu, ponieważ był on z założenia niereformowalny.
Na progu XXI wieku światowa sytuacja uległa diametralnej przemianie. Ponieważ długotrwałe przebiegi dziejów można rozpatrywać jako grę, należy jej wariant zeszłowieczny uznać za końcówkę klasycznego pojedynku dwóch przeciwników: kapitalistycznego i komunistycznego. Obecnie obserwujemy zatem kolejną partię historycznej rozgrywki, charakteryzującą się przede wszystkim brakiem jakichkolwiek zasad i rosnącą ilością uczestników. Bin Laden rozpoczął otwarcie, którego głównym atutem był element całkowitego zaskoczenia przeciwnika. Zaatakowane Stany Zjednoczone odpowiedziały kontrofensywą. Ten debiut odbywa się przy biernej asyście szeregu państw-kibiców, mających próżną nadzieję, że uda im się zachować wygodne miejsca na trybunach. Ludność takich państw jak Anglia, Francja czy Niemcy, usiłująca zredukować wszystkich graczy razem z pulą gry do jednego człowieka, którym ma być wojowniczy prezydent USA, George Bush, myli się zasadniczo. To krwawe zamachy terrorystyczne były pierwszym posunięciem, atak na Irak ripostą, zaś ukryty w arabskim świecie hazardzista, jakim jest Al-Kaida, nie ustanie w działaniach zmierzających do systematycznego zniszczenia Zachodu, także po zakończeniu kadencji prezydenckiej Busha. Upatrywanie przyczyn całego zła nowej partii dziejów w osobie amerykańskiego przywódcy jest wprawdzie zrozumiałe psychologicznie, ale – pomimo jego wielu oczywistych błędów i dramatycznie malejącej popularności – zupełnie irracjonalne. Ta okrutna i pozbawiona jakichkolwiek reguł rozgrywka będzie rozwijała się dalej, bez względu na to, kto będzie aktualnym przywódcą największego światowego mocarstwa.

3 grudnia 2003

Wydanie: 50/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy