O podatku

O podatku

Zapowiedź premiera, powtórzona przez jego bliskich współpracowników, że lewicowy rząd chce wprowadzić podatek liniowy, została przyjęta na początku z takimi uczuciami, które zazwyczaj ludzie wyrażają, pukając się w głowę. Publiczność już się przyzwyczaiła do refrenu, że zamiana podatku progresywnego na liniowy jest w Polsce niezbędna. Ponieważ odległość od słów do czynów jest przeważnie niezmierna, nikt się tym refrenem nie przejmował. Premier przeniósł rzecz do sfery realnych możliwości.
W Polsce najłatwiej skompromitować jakiś projekt, pokazując, że przypomina on to, co istnieje w Rosji lub innym kraju postradzieckiej „bliskiej zagranicy”. Tym razem widzimy rzecz niebywałą: Rosja, Ukraina i inne kraje poradzieckie dostarczają pozytywnego wzoru mediom i partiom opowiadającym się za podatkiem liniowym. Nie jest to aż tak niezrozumiałe, jak się w pierwszej chwili wydawało.
Nie będąc ekonomistą, nie mogę wypowiadać się na temat korzyści czy szkód, jakie podatek liniowy mógłby przynieść gospodarce i państwu. Myślę jak wszyscy, że podatki w Polsce są za wysokie w porównaniu z tym, co jako obywatele za nie otrzymujemy. Poza tym podatki zarówno progresywne, jak liniowe ściągane od jednych i przeznaczone na prywatną korzyść innych ludzi zawsze powinny być badane pod tym względem, czy nie są rabunkiem w majestacie prawa. Myślę, że w jakimś stopniu mają one charakter spoliacyjny. Wiem, że skutki takiej lub innej reformy opodatkowania są bardzo złożone i często trudne do przewidzenia, nie można więc w tej sprawie wierzyć ani politykom, ani przedsiębiorcom, ani tym bardziej publicystom. Trzeba słuchać uczonych ekonomistów, którzy zagadnienie specjalnie badali i nie są za bardzo zaangażowani w spory ideologiczne. Zakładam, że premier i jego współpracownicy zanim zaszokowali wyborców swoimi zamiarami, zaznajomili się z opiniami wybitnych ekspertów – zwolenników i przeciwników podatku liniowego. Rozumiem, że mogli doświadczyć trudności wyboru między merytorycznymi propozycjami jednych i drugich i w końcu ulegli czynnikom innej natury, na przykład głośniejszej propagandzie. Pojawia się zagadnienie, dlaczego wybrali rozwiązanie uchodzące za błędne w krajach należących do Unii Europejskiej. To oczywiste, że kraje te znajdują się w innym położeniu niż Polska i nie wszystko, co tam się dzieje, stanowi dobry wzór dla nas, ale czy Rosja, Ukraina, Litwa, Łotwa itp. są na tyle do nas podobne, że mamy je naśladować w tak istotnej i płodnej w skutki sprawie jak forma opodatkowania? Sądzę, że szukając uczciwej odpowiedzi na to pytanie, moglibyśmy sobie uświadomić, co dzieli Polskę od krajów Unii i co ją upodabnia do Rosji i jej „bliskiej zagranicy”.
Nie znamy realnej demokracji, która byłaby całkowicie zgodna ze swymi normami konstytucyjnymi. Ustrój, który podzieliłby władzę równo między obywateli, jest czystą utopią. Rząd wyłoniony w powszechnym głosowaniu, będący według konwencji częścią ludu wydelegowaną do kierowania sprawami publicznymi, nie jest jedyną władzą w demokracji, chociaż według normy konstytucyjnej nie powinien mieć rywali! Legalna jest tylko władza powołana i kontrolowana przez lud, ale co poradzić na to, że kto nie ma pieniędzy, ten nie wygrywa wolnych wyborów? W państwach cieszących się zasłużoną opinią wzorowych demokracji trzeba być milionerem lub mieć finansowe poparcie milionerów, aby kandydować na urząd prezydenta. Poza tym – czy byłoby rzeczą rozsądną zredukowanie wpływu wielkich przedsiębiorców, szefów koncernów na bieg spraw publicznych do oddania głosu w wyborach? Nie wiadomo nawet, jak można by to zrobić. Ustroje, które potocznie nazywamy demokratycznymi, są w rzeczywistości ustrojami mieszanymi. Demokracja, aby mogła funkcjonować, potrzebuje domieszki oligarchicznej. Pogląd ten został znakomicie uzasadniony już przez Arystotelesa i potwierdzony przez długie doświadczenie narodów starających się utrzymać ustrój demokratyczny. Problem polega na tym, jaką proporcję zachować między demokracją i składnikiem oligarchicznym. Ten ostatni może być tak duży, że demokracja zostanie sprowadzona do mało znaczącego składnika ustroju faktycznie oligarchicznego. Pouczające będzie porównanie krajów Unii Europejskiej do Rosji i Ukrainy. W państwach poradzieckich władza najwyższa jest wyłaniana poprzez procedurę wolnych wyborów i w tym sensie jest demokratyczna. W rzeczywistości rządzą oligarchie, niepoczuwające się często do przyzwoitości ubierania swojej władzy w jakieś pozory demokratyczne.
Niezłymi wskaźnikami co do natury ustroju są systemy podatkowe. Rosja i Ukraina mają podatek typowo oligarchiczny. Zamysły polskiego premiera i ich dobre przyjęcie w Radzie Krajowej SLD mogą wskazywać, że pod względem proporcji demokracji do oligarchii bliżej nam do wschodnich sąsiadów niż do krajów Unii Europejskiej. Ten oligarchiczny składnik w Polsce nie rzucał się nam w oczy być może dlatego, że oligarchowie posiadający najwięcej władzy nad polską gospodarką i mediami znajdują się za granicą. Nie wydaje mi się, żeby krajowi wielcy przedsiębiorcy mieli przesadny wpływ na politykę.

 

Wydanie: 26/2003

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy