Kaczyński na aucie

Kaczyński na aucie

Dobiegła końca ministerialna kariera Lecha Kaczyńskiego. Mówiąc językiem „Big Brother”, został on zaproszony przez premiera Buzka do pokoju zwierzeń i nominowany do wyjścia. Stało się więc to, co było nieuchronne. Cywilizowany świat nie zna takiej sytuacji, w której minister kontestuje swojego premiera i innych ministrów. Kaczyński wszedł do rządu Buzka, mając do załatwienia własny interes polityczny. Jego celem była budowa osobistej popularności i stworzenie własnego zaplecza politycznego. Na tle mało decyzyjnego szefa rządu musiał robić wrażenie. Mówił przecież dokładnie to, co ludzie chcieli usłyszeć. Zapowiadał walkę z korupcją, bandytyzmem i przestępczością zorganizowaną. Opowiadał się za karą śmierci, za wyższymi karami i większą surowością wobec przestępców. Wiele słów, setki deklaracji, tysiące wywiadów. I coraz większa popularność. Odwrotnie proporcjonalna do efektów. Zamiast sprawnego organizatora, rozwiązującego problemy sądownictwa i prokuratury, mieliśmy jeszcze jednego polityka, który potraktował swoją posadę jako trampolinę do budowy własnego obozu politycznego.
Niebawem zobaczymy, czy ten plan się powiedzie i czy partia Prawo i Sprawiedliwość na fali popularności ministra Kaczyńskiego wejdzie do Sejmu. Polacy nie są jednak naiwni. Wiedzą, że socjotechniką nie zastąpi się ciężkiej pracy nad modyfikacją prawa, lepszej organizacji pracy sądów i prokuratur, skuteczniejszej współpracy wszystkich struktur odpowiedzialnych za walkę z przestępczością. Do tego nie trzeba polityków-propagandzistów oraz kamer i mikrofonów. Trzeba apolitycznych, uczciwych i mądrych urzędników. Takich, którzy nie chcą zakładać swoich partii, nie mają osobistych wrogów, nie brali pieniędzy na działalność polityczną, nie spotykali się z Pineiro, Żemkiem, Klembą i im podobnymi.

Wydanie: 28/2001

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy