Nowy

Nowy

Nowy to burak. Nie wie, gdzie co leży. W redakcji siedzi cicho, milczy na kolegiach. Zerka bojaźliwie, nie nadąża z tekstem. Ktoś by się nim zajął, ale nie ma kiedy. Ktoś by mu właściwie dał coś do zrobienia, bo przecież na Wiejskiej co 15 minut zwołują zebranie, konferencję, briefing, na nic nie ma czasu, bo covid mutuje, zbiegłe respiratory widma napadają na ludzi w najwęższych uliczkach, maseczki widziano na klasztornej wieży, Kościół niby przeprasza, nikt mu już nie wierzy, posłanka diabła forsuje ustawę, trzeba to opisać, lecz czy to ciekawe? Ratują detale: to matka blogerki, która rozsypała zielone tabletki. Autobus prolajfa złapał gumę w mieście, na asfalcie mandat czekał na pinezkę. Czy Nowemu zleci ktoś dziś jakąś pracę, skoro nie ma gwiazdek wieczorową porą? Z torebką szafiarki szła nago po kostce (goły biust prowadzi wszystkich na manowce), Nowy więc od razu oddałby się gwieździe, za lody Grycanek, za ciasteczko Gessler. Rozróba w redakcji odbiera nam życie – jest tyle spraw wokół, Nowy na orbicie krąży nie dość pewnie, obserwuje Polskę: ktoś się zalogował na chemii, etyce i wyjechał z kraju, ktoś był na biologii, jednocześnie mając randkę w nowej e-księgarni, ktoś inny na polskim zasnął smutno w saunie – blokady kamerek stały się powszechne. Wyłącz ten mikrofon, bo sobie stąd pójdę. Ktoś się żali rzewnie, że śnieg śmierdzi smarem, ktoś inny, że śniegu nie ma w mieście wcale. Pulsoksymetr mierzy poziom wódki w tlenie, tak się teraz tańczy w Boże Narodzenie. Doktor Dżaga radzi, jak spalić pięć kilo: to praktyczne, nawet gdy się nie przytyło. Chudy człowiek bardziej pomoże planecie, lepiej, jak go wcale nie będzie na świecie. – No, to już niedługo! – śmieje się choinka, która jak co wieczór kończy w kontenerze (odpady zmieszane są nadzwyczaj szczerze). A tak dobrze weszła w grudniowy poranek. – Szybko przyszło, poszło – śmieją się szkielety ryb morskich i rzecznych, które wraz z kometą grały główne role w tej sztuce o cieśli. Teraz je na śmietnik po ciemku wynieśli i tylko niektórzy schowali po łusce – może im posłuży (cudnie będzie śmierdzieć) złota rybia skóra, a może zabłyśnie na giełdzie, w kantorze – i człowiek odkuje się jakoś pomału. Żeby kupić rzeczy w nowym znowu nowe, stare porozdawać i nabyć za bezcen poradnik dewianta, jak znieść kapitalizm. Depresje są pewne, nadzieje niepewne, zaraz luty, potem – trawniki bezczelnie obsypią się srebrem. Pięć minut co rano, w półśnie jeszcze, żartem pomyślimy – może to coś warte? Może się wygrzebie znowu człowiek z bagna, zetrze krew i błoto – lepszą płytę nagra. Już teraz robimy zrzutę na produkcję. Potem własne blogi, czasem nawet książka. I same oklaski: niech nasze tematy zaświecą na szpaltach, wrzeszczą na kolumnach, śpiewają w newsroomach. Fajna wizja? – Nie wiem, odbij mi sto razy na ksero wyrazy. I tylko pamiętaj: umieralność – stop.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy