Polska nieznana

Polska nieznana

Luksus podróży z Warszawy do Wrocławia pociągiem Pendolino. Nareszcie czyste toalety, a wydawało się to niemożliwe do osiągnięcia w polskich wagonach. I doprawdy nie wiadomo, czy to nasze narodowe niechlujstwo, czy jakiś defekt PKP. Przecież polskie stacjonarne wychodki zaczęły marsz do Europy już na początku lat 90. i zaskakująco szybko do niej doszły. Za oknami „Polska w ruinie”, czyli poprawiająca się z roku na rok. Nadal bywa przeciętna, nawet okropna, nasza mała architektura, ale teraz jest przynajmniej staranniejsza, zmieniły się też ogródki przy domach, jest wiele kwiatów. To, co stare i szpetne, zaczyna pomału tonąć w tym nowym, lepszym. Piękny wrocławski dworzec, samochód po mnie wysłany, dwójka młodych ludzi, urodzeni w połowie lat 90. chłopak i dziewczyna. „A czym się pan zajmuje?”, pyta ona. Jak jej odpowiedzieć? Chyba próbuję pisać to i owo. Ciekaw jestem ich i wypytuję, oboje nie będą pracować w zawodach, których się uczą. On studiował turystykę, a gotów jest być górnikiem. Nie ma dla nich złych czy wstydliwych zawodów, byle dawać sobie radę. To też wielka zmiana od czasów mojej młodości, chociaż w Polsce Ludowej praca była na ołtarzu nowej religii, to po wyższych studiach wiele zawodów z uporem uznawano za haniebne. Dochodziły do nas tylko wieści z Zachodu, że tam jest inaczej.

Lubiąż, małe miasteczko, niemal wioska, a tu nagle jak wielki obiekt kosmiczny wyłania się klasztor cystersów, wieże kościołów, pałacowa, barokowa fasada budynków. Całość zaskakuje ogromem i pięknem. Nie miałem pojęcia, że w Polsce coś takiego istnieje. A wokół kolorowe morze namiotów, które przypomina obóz wojskowy pod warownym zamkiem. To Slot Art Festiwal – wykłady, kursy i występy artystyczne dla tysięcy młodych ludzi. Klasztor z zabudowaniami jest drugim co do wielkości obiektem sakralnym na świecie, podobno dwa i pół razy większym niż Wawel. Piękna barokowa architektura. 300 komnat, pokoi i cel zakonnych, wnętrza spustoszone przez wojny i zakręty historii. Na szczęście większość obrazów ukryli w czasie wojny hitlerowcy – ci barbarzyńcy dbali o swoją sztukę i wiele tych obrazów wisi teraz w różnych polskich kościołach. Całość zabudowań już zabezpieczona nowym dachem, więc nie następuje dalsza degradacji obiektu. Dwie sale wspaniale odnowione, książęca balowa i jadalnia – mnisi nawet jedli w pięknym otoczeniu. Biblioteka jest w trakcie wielkiej renowacji. Szef ochrony festiwalu, człowiek z pasją do poezji, bierze mnie w miejsca zwykle niedostępne. Chodzimy wysoko po rusztowaniach z okiem tuż przy suficie, gdzie odnawiane i odtwarzane są malowidła; myślę, że tak też malował Michał Anioł. Brakuje pieniędzy, więc od kilku miesięcy nie ma tu renowatorów. Czas mija i zabytkiem stają się napisy żołnierzy radzieckich, którzy przez kilka lat po wojnie mieli tu swój szpital psychiatryczny i oczywiście potwornie zdewastowali obiekt. Problemem jest klasa zabytku i kubatura, wielkość przerasta nawet możliwości bogatych. Był tu kiedyś Michael Jackson i podobno rozważał kupno całości. Zbankrutował jednak z innego powodu.

Kręcę się po tej przestrzeni, dziesiątki spotkań, warsztatów i koncertów. Na każdym kroku smaczne jedzenie, respektowany zakaz spożywania alkoholu. Przyjechały nawet małe kuźnie, nad jedną napis: „Tu nie kuje się mieczy”.

Tematem spotkania jest mój ojciec, poeta i pisarz Mieczysław Jastrun. Sam nie odważyłbym się zaproponować takiego tematu na młodzieżowym festiwalu, był to pomysł organizatorów. Przyszło dużo młodych. Prowadzący spotkanie zawsze czuje, czy jest na nim skupiona uwaga, czy odpływa. Nie odpłynęła. Tak tworzy się jakaś kładka między pokoleniami. Bardzo nam teraz brakuje takich kładek. Myślę, że większość tych, którzy mnie tak uważnie słuchają, mogłaby być dziećmi mojego dorosłego syna. A przecież poezja zdaje się kurczyć, jakby ugotowano ją we wrzątku nowych czasów. Spokojny jednak jestem, że nie zginie, gdyż poezja, w ogóle sztuka, jest częścią wrażliwości na świat małego dziecka. A współczesne dzieci mają więcej dzieciństwa, niż miały kiedykolwiek.
Mam od lat stronę na Facebooku, którą przestałem odwiedzać i zarosła jak opuszczony ogród. Wróciłem do niej niedawno po ukazaniu się mojej powieści, bo to dobre miejsce do promowania książki. Facebook bardzo wciąga, daje wiele przytuleń w krótkim czasie i zdziwienie, że potem zostaje z tego tak mało ciepła – czy w życiu jednak nie jest podobnie? Dla młodych Facebook staje się światem jedynym, bezpieczniejszym niż ten za oknem. Ale jest inny problem – w tym ludzkim rojowisku Facebooka prawie nie ma siwych głów. W czasie wielkiej technologicznej zmiany nawet starzy załapali się na telefony komórkowe, ale wielu odpadło od komputera. A to ma bardzo poważne konsekwencje dla ich życia, każdy wie dlaczego. Wielka zmiana składa się z wielu ogniw i ciągle przyrastają nowe, pominięcie jednego grozi, że zostanie się z tyłu i już się nie nadąży za zmianą.

Wydanie: 30/2015

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy