Odprawa posłów strasburskich

Kuchnia polska

Wiele wskazuje na to, że nasza klasa polityczna startuje do nowego wyścigu. Jest to wyścig do Parlamentu Europejskiego, do którego wybory mają się odbyć w czerwcu przyszłego roku, tuż po naszym oficjalnym już i definitywnym wstąpieniu do Unii Europejskiej.
Badacze opinii publicznej i ankieterzy twierdzą, że wybory te wzbudzą niewielkie zainteresowanie obywateli i obejdą się niską frekwencją. Trudno się temu dziwić. Jeżeli oficjalny raport przygotowany przez Ministerstwo Zdrowia mówi, że w ubiegłym roku odbyło się w Polsce 159 zabiegów aborcyjnych, podczas gdy wiadomo, że było ich ponad 200 tys., a znajdowanie martwych noworodków stanowi fakt powszedni, to znaczy, że przepaść pomiędzy tym, co robi klasa polityczna, a tym, co interesuje społeczeństwo, staje się coraz większa, może już nie do zasypania. Niemniej jednak warto zastanowić się nad tym nowym wyścigiem, ponieważ dotyczy on nie tylko posad w Strasburgu, ale może mieć konsekwencje dla naszych spraw wewnętrznych.
Po pierwsze więc, widać już dość wyraźnie, że wybory europejskie mogą stać się pretekstem dla wyklucia się nowej partii politycznej, określanej potocznie jako „prezydencka”. Świadczy o tym nacisk, jaki prezydent kładzie na rolę komitetów obywatelskich, które miałyby prawo wystawiać własne listy kandydatów, poza listami partyjnymi. Rodzenie się i umieranie partii politycznych jest u nas równie masowe, jak rodzenie się i umieranie niechcianych noworodków, ale owa „prezydencka ” partia ma przerzucić pomost pomiędzy prawym skrzydłem SLD a niedobitkami Unii Wolności i innych ugrupowań centrowych, co w oczywisty sposób musi uszczuplić zasięg SLD. Potwierdzeniem tego jest zapał, jaki do tego pomysłu wykazuje stowarzyszenie Ordynacka, grupujące dawnych kolegów ze Stowarzyszenia Studentów Polskich, którzy dzięki SLD porobili całkiem przyzwoite kariery, mieszcząc się na jego liberalno-biznesowym skrzydle.
Co do mnie, wydaje mi się, że tłok w centrum politycznym jest już i tak wystarczająco duży, podczas gdy coraz większa pustynia polityczna powstaje po stronie lewicy. Ale to już inna sprawa.
Sympatycznym natomiast objawem nowego biegu wyborczego do Parlamentu Europejskiego jest to, że podniesiono limit wieku dla ewentualnych startujących. Mówi się bowiem w tym kontekście także o Tadeuszu Mazowieckim i Mieczysławie Rakowskim. Jest to wniosek dość rozsądny nie tylko dlatego, że, jak dotychczas, młodość – wbrew zaleceniom Wieszcza – nie chce nam jakoś „wylatywać nad poziomy”, ale i dlatego, że wbrew rzekomej „stawce na młodzież” głosem, który najbardziej się liczy w Polsce, jest ciągle głos schorowanego starca, papieża. Może więc i inni starsi panowie mają coś do powiedzenia.
Ciekawe natomiast może być pytanie, co właściwie nasi deputowani do Strasburga, obojętne z jakiej listy, będą mieli do zaproponowania na forum Parlamentu Europejskiego? Do tej pory wiadomo jedynie, że naszym zmartwieniem jest to, aby zapis o tradycji chrześcijańskiej znalazł się w preambule konstytucji europejskiej i abyśmy mieli co najmniej tyle miejsc w organach unijnych, ile obiecywano nam w Nicei. W tej sprawie rząd uchwalił twarde, choć nie wiadomo na ile realistyczne stanowisko. Jesteśmy także, nie bardzo rozumiem dlaczego, przeciwni europejskim siłom szybkiego reagowania i wolimy wspierać NATO.
Niestety, jednak wobec autentycznych problemów europejskich, w których mamy odtąd uczestniczyć, jest to program dosyć skromny.
Nie widać w nim więc pytania, jak właściwie wyplątać się z amerykańskiej „Mapy drogowej”, która prowadzi w najlepszym razie donikąd? Widać to już jak na dłoni nie tylko w Iraku, ale także w Palestynie i Izraelu, które stoją u progu krwawej jatki. Koszt okupacji Iraku, który Bush, oględnie chyba, szacuje na 166 mld dol., będzie być może gwoździem do trumny amerykańskiego prezydenta w przyszłorocznych wyborach, zaś motywy, dla których wybuchła ta wojna, chwieją fotelem premiera Wielkiej Brytanii. Polska, jak widać, postawiła w tej grze na złą kartę, która skonfliktowała nas z postawą głównych państw Europy i z pewnością osłabiła znaczenie naszego sprzeciwu wobec zapisów konstytucji europejskiej. A więc co będziemy mówić o tym w Strasburgu?
Co będziemy mówić w Strasburgu o kluczowej dla przyszłej Unii sprawie, jaką jest problem bądź to ustroju federalnego, bądź też handlowego głównie związku państw? Do tej pory wypowiadaliśmy się raczej za tą drugą, luźną koncepcją, akcentując aż do przesady argument suwerenności państwowej, ale czy na pewno mamy rację? Nie chodzi tylko o to, że w perspektywie historycznej federalny ustrój Europy jest nieuchronny, ale o to także, że wolny handel europejski przynosi nam, oprócz korzyści, także niewątpliwe zagrożenia, podczas gdy ustrój federalny zmusza Europę jako całość do dbałości także o swoje bardziej zacofane prowincje, do których niewątpliwie będziemy przez dłuższy czas należeć. Po prostu inaczej myśli się o potrzebach jakiegoś tam stowarzyszonego kraju, a inaczej o części federalnego państwa europejskiego. Czy mamy na ten temat jakiś oryginalny, przemyślany pogląd biorący pod uwagę nasz rzeczywisty interes?
Co mamy do powiedzenia w sprawie ustroju socjalnego Europy, do której wstępujemy? Niedawno tygodnik „NIE” opublikował wstrząsający materiał, z którego wynika, że w myśl strategii europejskiej węgiel kamienny przez długi jeszcze czas stanowić będzie podstawę europejskiej energetyki, a sama Unia gotowa jest wspierać kopalnie zajmujące się jego wydobyciem. Tygodnik „NIE” twierdzi, że zapis ten opracowany został wyraźnie „pod Polskę”, ale nasz rząd nie zechciał tego zauważyć, woląc zamykać kopalnie. Nie wiem, czy „NIE” pisze prawdę, ale postawa unijnych ekspertów wydaje mi się prawdopodobna. Po prostu Europa nauczyła się już, że nie wszystko można przeliczać na szybkie zyski, trzeba też myśleć perspektywicznie, a ze względów społecznych choćby można utrzymywać także nierentowne gałęzie gospodarki, jak dzieje się to z europejskim rolnictwem. Słowem, Europa nie rozumuje tylko w kategoriach księgowych, jak czynią to nasi neofici kapitalizmu. Nie trudno też przewidzieć, że o ten właśnie sposób rozumowania toczyć się będzie w najbliższych latach zacięty bój europejski pomiędzy zwolennikami Europy liberalnej a zwolennikami Europy socjalnej, którą ciągle jeszcze może stać się nasz kontynent?
Czy więc te wszystkie sprawy nie powinny stać się przedmiotem publicznej „odprawy posłów strasburskich”, zanim ich wybierzemy? Czy też interesują nas tylko wybory dla wyborów.

 

Wydanie: 38/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy