Tragiczna tajemnica

Tragiczna tajemnica

W notatkach Jerzego Zawieyskiego spotykam cytat z pism Churchilla, mówi o wadach polskich, to mocne i nie do końca sprawiedliwe słowa, ale jak je teraz lekceważyć: „Historia Europy ma swoją tragiczną tajemnicę, właśnie Polaków, którzy indywidualnie są zdolni do heroizmu i posiadają cnoty waleczności i wdzięku, a którzy wykazują w swoim życiu państwowym niedostatki nieuleczalne. Wspaniali w rewolcie i w czasie klęski, stają się nikczemni i nędzni w chwili zwycięstwa. Odważni z odważnych są częstokroć kierowani przez podłych pomiędzy najpodlejszymi. Trudno mówić o arogancji i błędach ich polityki, o straszliwych rzeziach i nieszczęściach, na które zostali skazani przez wariactwa swej polityki”. Czytam też refleksje polskie Tadeusza Kościuszki, im bliżej go poznaję, tym bardziej go lubię jako człowieka. Podobnie jak Churchill mówi o naszych zrywach i chorobliwym braku wytrwałości. Diagnoza jest warta uwagi: „Polakom dlatego brakuje na stałości umysłu w przeciwnościach, że mało myśleli, mało się zastanawiali nad obrotami losów i czynności ludzkich”. Dzisiaj, kiedy mamy w Polsce głęboką zapaść demokracji, szukamy też w przeszłości wytłumaczenia dla tego, co się dzieje.


Na wystawie malarstwa mojego przyjaciela spotykam dawno niewidzianych znajomych. Kocham malarstwo i znam się na nim, chociaż nie mam talentu plastycznego, więc zastępczo garnę się do malarzy. Wszyscy jesteśmy okrutnie zmienieni przez czas. Ktoś monstrualnie utył, ktoś dramatycznie schudł.

B. jest profesorem na ASP, przechodzi na emeryturę, przedstawia mnie swojemu następcy. Przecież znałem go jako małego chłopca, już wtedy z talentem rysował. Teraz ceniony malarz. Z jego rodzicami przyjaźniłem się w stanie wojennym, razem konspirowaliśmy. Kilka lat temu, kiedy przypadkiem spotkałem jego matkę, zatrzęsła się ze złości na mój widok i niechętnie podała mi rękę. Okazało się, że pisówka. Byłem w szoku, czemu właśnie jej przydarzyło się takie nieszczęście. Nie pytam syna, jakie sam ma poglądy polityczne, nie może mieć innych niż ja, za to pytam od razu: „Jak pan sobie daje radę z poglądami mamy?”. „Nie rozmawiamy nigdy o polityce”, odpowiada. Jest z nim młoda kobieta o miłej powierzchowności, okazuje się, że to wnuczka mojego kolegi z opozycji. Tolek zawsze był osobliwym człowiekiem, wielkim ekscentrykiem. Nie żyje od dziesięciu lat. Myślę: jak ten czas z nami gra w okrutną grę. A przy okazji refleksja – jak mała jest ta nasza elita. I to ona właśnie jest obiektem szczególnej nienawiści PiS. Poniekąd słusznie.


Kaczyński o sędziach, już słynne zdanie, ale cytuję z kronikarskiego obowiązku: „Ale ta oikofobia, jak to się nazywa, czyli niechęć, czy nawet nienawiść do własnej ojczyzny i własnego narodu, to jedna z chorób, która dotknęła część sędziów i która prowadzi do nieszczęść”. Pięknie, mądrze i głęboko. Najpierw trzeba wroga zohydzić, a potem zlikwidować. Skąd my to znamy? A potem prawił frazesy narodowe, robi to, trzeba przyznać, umiejętnie. Czule i wprawnie pieści ludziom organy narodowe, pochlebia i buduje myślenie plemienne. W puencie mówił, że ma być w Polsce jak we Włoszech i Francji, a potem jak w Niemczech. Raczej będzie jak w Turcji.


Po latach w Przemyślu. To zawsze było dla mnie magiczne miasto, piękny rynek, kościoły jak schody do nieba pną się na wzgórza. Ale tak już jest, że po latach powroty do miejsc, które zdawały się magiczne, są rozczarowaniem. Ty jesteś już kimś innym, inaczej pachnie czas, nie ma powrotu. Jak co roku festiwal poezji. Kiedy gościłem tu ostatnim razem, spotkałem poetę Julka Kornhausera – jeszcze był zdrowy, jeszcze nierażony paraliżem i do głowy by mu wtedy nie przyszło, że jego córka zostanie żoną prezydenta RP, który jest pogardzany w jego środowisku. Moi przemyscy znajomi czują jak ja, nawet nie obwąchujemy się nawzajem, od razu rozmawiamy, jak oburza nas stan rzeczy. Znali kiedyś dobrze Marka Kuchcińskiego, jest stąd i nie dziwi ich, że stał się cerberem „dobrej zmiany”.

W sali kominkowej na zamku czytanie wierszy. Jest kilku poetów. A też pisząca wiersze siostra zakonna. Dobrze wybrałem utwory, to się czuje także po tym, jak ludzie słuchają, jak patrzą. A siostra kupiła potem mój tomik i uklękła przede mną – siedziałem na krześle – prosząc o autograf. Przede mną bezbożnikiem. Mówiła, że mnie od dawna czyta. Emanowały z niej światło i dobroć. Gdyby wszyscy duchowni tacy byli, uwierzyłbym w Boga.

Wydanie: 40/2018

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy