Nauczka dana przez wiejskiego potwora

Zapiski polityczne
8 października 2001

Znowu się narażę, ale taki mam zawód, by nie powiedzieć pompatycznie, że takie mam posłannictwo. Wybory parlamentarne wypadły na razie względnie pomyślnie, ujawniły jednak dwa zjawiska, teraz tylko zasmucające, lecz groźne w przyszłości. Sukces wyborczy Prawa i Sprawiedliwości wyraźnie wskazuje na pojawiającą się i mającą tendencję wzrostową, tęsknotę za silną ręką u władzy, nawet w wydaniu neototalitarnym. Bo czymże innym był groźny manifest Ludwika Dorna, ogłoszony kilka lat temu, zawierający jednoznaczną zapowiedź czy tęsknotę za systemem rządzenia z ograniczeniem tej nudnej i trudnej przy wprowadzaniu „prawdziwego” porządku demokracji?
Władzę należy przekazać kilkusetosobowej grupie wysoko opłacanych funkcjonariuszy oprawionych w należyty dobrobyt i wyposażonych w prawie niczym nieograniczone kompetencje. Gdy po raz pierwszy alarmowałem o zaistnieniu tego ideowego zagrożenia, zbyto mnie frazesami w rodzaju, że przecież każdy wie, iż Dorn majaczy. Teraz to majaczenie ma już swój klub w Sejmie RP. Łatwiej z takiej pozycji realizować te niby niegroźne majaczenia. Przypomnijmy, że najszkaradniejsze totalitaryzmy europejskie waśnie tak się zaczynały – od składanej szerokim masom wyborców obietnicy poskromienia wszelkich nieprawości. To się zawsze podoba w kraju, gdzie trzy czwarte ludzi pragnie przywrócenia kary śmierci, najlepiej publicznie jak w Chinach czy u talibów. Tam wiedzą, jak skutecznie karać. Hasło walki z liberalnymi metodami zwalczania przestępczości jest wszak typowym objawem zdegenerowanej demokracji liberalnej. „Należy z tym skończyć”, mówią rzecznicy neototalitarnych metod rządzenia i znajdują posłuch. Drugim zagrożeniem jest zorganizowana wreszcie w silniejszą z każdym dniem partię polityczną Samoobrona. Partia ta gromadzi skrzywdzonych. Są ich w obecnej Polsce miliony. Dotąd nie mieli odwagi się zjednoczyć, nie wyłonili przywódców i struktur organizacyjnych. Teraz to wszystko mają. Do odwagi, którą się wykazywali od dawna, dołączyli przywódcę, któremu wierzą, kto wie, czy aby nie ślepo, i strukturę partyjną oraz własny klub sejmowy, o którego poparcie trzeba będzie prawdopodobnie zabiegać, bo sam PSL nie jest zbyt pewnym sojusznikiem, co zostało już w kilku konfiguracjach politycznych udowodnione.
Przywódca skrzywdzonych (i poniżonych – warto dopisać to określenie) zachowuje się – jak dotychczas – odpowiedzialnie. Nie żąda zbyt wiele, lecz gdy się na dobre rozgości na salonach władzy, będzie wymagający, tym bardziej że ma za sobą racje moralne i ekonomiczne.
Coraz wyżej będą także podnosić względnie pokorne tej pory głowy ci, co już dostrzegli, jak bardzo liberałowie zmarnowali naszą ojczyznę. Diagnozy procesów prywatyzacyjnych, jakie głosi profesor Poznański, mówiący coraz donośniej o korupcyjnej wyprzedaży polskiego majątku narodowego w obce ręce, brzmią w uszach obudzonych z letargowego zawierzania Unii Wolności i pogrobowcom „Solidarności” coraz prawdziwiej. Będzie się nasilać ruch żądania pociągnięcia do odpowiedzialności karnej ludzi winnych prawie rozdawniczego wyprzedawania naszego przemysłu, banków, floty, telefonii i czego tam jeszcze.
Wielu politykom i ekonomistom nie wystarczy stosowana obecnie taktyka ucieczki do innej, rzekomo nowej partii politycznej. Trzeba będzie zwiewać za granicę i trwać tam do chwili, gdy się winy przedawnią.
Obecni przywódcy Prawa i Sprawiedliwości albo zradykalizują swoje przekonania, a – co za tym idzie – także i działania, albo będą musieli ustąpić miejsca innym rzecznikom skrzywdzonych i poniżonych. Ci nowi rzecznicy nie będą zbyt okrutni, na pewno wyrażą zgodę na wizytę księdza w celi skazanego przed jego egzekucją.
Najważniejsze, że lody zostały przełamane. Po latach milczenia i pokornego znoszenia poniewierki znaleźli się wreszcie ludzie umiejący radykalny sprzeciw wobec liberalno-monetarystycznej koncepcji transformacji ustrojowej przełożyć na język partii politycznej. Spora część rządzących dotychczas liberałów zdobywała doświadczenia w szeregach PZPR, gdzie osoby sprawujące przez ostatnie lata władzę w Polsce nabyły przekonania, iż można łatwo i skutecznie kierować państwem mimo sprzeciwu ogółu ludności. Sprzeciwu silnego, lecz niezorganizowanego politycznie. Teraz pojawili się organizatorzy sprzeciwu. Będą rośli w siłę, jeżeli zwycięska koalicja nie potrafi, jeśli nie ulżyć ciężkiej doli wielu milionów skrzywdzonych i poniżonych, to przynajmniej nauczy się traktować ich na serio, rozmawiać z nimi, wyjaśniać, no i chyba – strach to tak jawnie i cynicznie powiedzieć – potrafi znaleźć kozła ofiarnego, na którego będzie można zwalić odpowiedzialność za nędzę i biedę milionów.
Tak czy owak się wydarzy – pewne jest, że skończyły się czasy beztroskiej nieodpowiedzialności władzy za los obywateli, którzy zrozumieli, iż kartką wyborczą można dokonać bezkrwawej rewolucji i posłać, na razie tylko w diabły, a potem również do kryminałów, rządzących pyszałków z luksusowych limuzyn rządowych.
Nieokrzesany salonowo i z pozoru dziki Andrzej Lepper dał podwójną nauczkę klasie politycznej. Ze skrzywdzonych i poniżonych uczynił groźną dla wszelkiej maści liberałów ekonomicznych siłę polityczną, zaś po bezspornym zwycięstwie wszedł elegancki na salony i wykazał się, jak do tej pory, piękną, rozumną odpowiedzialnością za przyszły los państwa. Czas pokaże, czy to tylko kolejna gra, czy rzeczywiste uzdolnienie polityczne i poczucie moralnej odpowiedzialności za dalsze losy kraju. Wszystko się może zdarzyć. Czy po gładkich uczonych, dokształcanych na słynnych uniwersytetach zagranicznych, mogliśmy się spodziewać tej bezwzględnej znieczulicy na nędzę i upokorzenia milionów Polaków? A jednak tak się zdarzyło. Może ten postrach inteligentów o trzęsących się portkach, wiejski potwór, poseł Andrzej Lepper, zawiedzie nas inaczej. Wykaże inteligencję i polityczny rozum? Wszystko się może jeszcze zdarzyć.

 

Wydanie: 42/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy