Szalupa Świerkockiego

Szalupa Świerkockiego

Współtworzę małżeństwo książkołaków. Nie lubię określenia „mól książkowy”, zdaje się pogardliwe, ponadto z molami miewamy do czynienia sezonowo i są to wrogowie naszego domostwa, żarłoczni i wszędobylscy. Młoda lewica tak się zagalopowała w obronie człowieka prostego, że nie tylko rozgrzesza klasę robotniczą z nieczytania, ale samo czytanie uznaje za przywilej klasy próżniaczej, rozmowy o literaturze za klasistowski snobizm, wrogo odnosi się do fotografii domowych bibliotek i przywoływania kompetencji lekturowych w przestrzeni publicznej. Niechęć do książek jest zatem na propsie i z prawa, i z lewa, przy czym o ile skrajnie po prawej objawia się paleniem tytułów lewomyślnych, skrajnie na lewo sam jesteś spalony, jeśli się przyznasz, że czytasz. Obie strony wzdrygają się we wspólnym obrzydzeniu rangi najwyższej, kiedy spotkają uosobienie bibliofobicznych koszmarów: miłośników „Ulissesa”.

Cóż pocznę. Żona jako telewizyjno-radiowa „pani od literatury” widnieje na liście adresowej tzw. gratisów większości wydawnictw, bywają jednak książki, ach, co tam, nazwijmy je wydarzeniami literackimi, ech, nie szczędźmy epitetów: chodzi o epokowe wydarzenia kultury słowa – wobec których należy się pokłonić i rytualnie wysupłać stosowną kwotę, płacąc za kawał dobrej roboty wydawcy i autorowi. Oto więc Żona, nieomylnie odczytując listę moich pragnień, kupiła mi urodzinowo dwa tomy, na które czekałem, od kiedy w „Literaturze na świecie” dano na zapowiedzi, częstując czytelników pierwszymi pięcioma rozdziałami nowego przekładu „Ulissesa”. Podjął się tego translacyjnego maratonu Maciej Świerkocki, trwało to siedem lat i osiemnaście godzin, czyli tyle, ile Joyce pisał swoją najsłynniejszą powieść plus czas opisanej w niej wędrówki Leopolda Blooma przez Dublin. Mam słabość do perfekcjonistów, więc Świerkocki z tej przyczyny miał u mnie fory jeszcze przed startem.

Pierwszą, młodzieńczą lekturę przekładu autorstwa Macieja Słomczyńskiego podjąłem z błędnym i obłędnym nakazem zrozumienia i pamiętam ją jako tyleż frapujące, co mozolne wdrapywanie się na górę, której szczyt i tak pozostanie niezdobyty – trochę jak w przypadku polskich zmagań z K2 zimą. Było to czytanie oblężnicze, wysiłkowe, survivalowa przygoda intelektualna, czytelniczy challenge czy co tam jeszcze – przyjemność miałem za drugorzędną. Później, już jako książkołak w średnim wieku, odkryłem, że „Ulisses”, oprócz swojej polifonicznej doniosłości narracyjnej, jest powieścią rozkosznie zabawną, namiętnie antyklerykalną, bezprzykładnie rozświntuszoną, ale przede wszystkim, w odróżnieniu od innych pomników modernistycznej awangardy, jak twórczość Getrudy Stein czy choćby „Finneganów tren” samego Joyce’a – nie jest dziełem hermetycznym; pomimo językowego rozpasania i hipertekstualnej erudycyjności to się czyta, a nawet – wielkie nieba – to wciąga! A wręcz zasysa, pochłania bez reszty i zaborczo, powiadając: „Jam jest księga, nie będziesz miał innych ksiąg przede mną”. Ściślej – jedną tylko, do powieści przyrośniętą „Łódź Ulissesa”, księgę towarzyszącą, raptularz translatorski Macieja Świerkockiego, zaiste, łódź z gondolierem, dzięki któremu możemy spłynąć z nurtem tej powieści rzeki, zamiast kręcić się bezradnie od wiru do wiru.

I tak to teraz leżą przy sobie dwa tomiszcza, które czytam naprzemiennie – najpierw Joyce’a sauté, potem egzegezę tłumacza poświęconą stosownej partii tekstu – a potem znowu wracam do „Ulissesa”, do rozdziału tego samego, ale już innego, bo rozpostartego w przestrzeń dzikich pól semantycznych, które mi objaśniono. Teksty apostołów joyce’ologii są wartością samą w sobie, często fascynującą bardziej niż przedmiot ich badań, że wspomnę legendarne „Klucze do otchłani”, ogłoszone przed laty przez Macieja Słomczyńskiego jako komentarz do próbki przekładu „Finnegan’s Wake”.

Fascynacja i przerażenie to dwa nieodłączne uczucia badaczy, którzy zaglądają do wnętrza umysłu szalonego geniusza; okazuje się, że kiedy Joyce mówił, że daje literaturoznawcom materiał na setki lat badań, nie wypowiedział tego w kabotyńskiej ekstazie, lecz z zimną precyzją. Co mniej cierpliwi powiadają, że ostatnie powieści Joyce’a należałoby najpierw przetłumaczyć na… angielski; tym bardziej zalecam im wsiąść do „Łodzi Ulissesa” i żeglować niespiesznie. Nie lękajcie się Joyce’a, Świerkocki nie pozwoli wam zatonąć, jego metaksięga to solidna szalupa ratunkowa.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 44/2021

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy