Nie tylko Marzec

Nie tylko Marzec

W poprzednim moim felietonie nie było słowa na temat żydowski, co uznałem za sukces. Teraz nie dam rady, również dlatego, że po dziennikach Zofii Nałkowskiej czytam dzienniki Marii Dąbrowskiej, jej koleżanki nie tylko po piórze. Ten dziennik, podobnie jak Nałkowskiej, niezwykły jest też rozpiętością lat, jakie obejmuje. Obie pisarki tworzyły dzienniki od wczesnej młodości aż do śmierci. Obie były do siebie jakoś podobne, równie utalentowane, a jednak bardzo odmienne. W Dąbrowskiej o wiele więcej jest jadu, ale dzięki niemu w jej pisaniu jest pełno ironii, która w literaturze bywa bezcenna. Wedle dziecinnej nomenklatury można powiedzieć, że Nałkowska była lepsza od Dąbrowskiej. Dlatego bardziej naiwna i dała się nabrać na stalinizm. Dąbrowska nie. Uważano Panią Marię, zwaną przez bliskich Maryjką, za uosobienie tego, co w Polsce najmądrzejsze i najpiękniejsze.

Jeśli Dąbrowska uosabia polskość wieku XX, to jej częścią jest niestety antysemityzm. A miała być doskonale wolna od uprzedzeń, tymczasem pełne wydanie jej dzienników mówi co innego i zaszokowało wielu. Przed wojną ma wielu żydowskich przyjaciół, nie znosi endecji, oburzają ją getta ławkowe. A jednak obsesyjnie nie lubi Żydów. Przy każdym spotkaniu z nieznajomym węszy: jest, nie jest? „Oczywiście Żyd”. Jest rok 1944, gdy jeszcze dymią piece krematoriów, a ona się zamartwia. „Jezus Maria. Jak ja drżę – że zwycięstwo bolszewicko-angielskie mogłoby oddać znowu Polskę w ręce Żydów? Na myśl, że nasze miasteczka mogłyby się znów zamrowić tym posępnym czarnym tłumem – wszystko nam z rąk wydzierającym – zimny dreszcz mnie przechodzi i żyć się nie chce”. Nawet nie zauważyła, że ten „czarny, mrowi tłum” już został spalony.

Pomnik pięknej polskości spada więc z cokołu. Ale nie tłucze się. Można bowiem obok księgi słabości spisać księgę zalet pisarki. Aż chce się wykrzyknąć: oto człowiek! A ja wdzięczny jestem za niezwykłą opowieść o życiu i o Polsce, za tyle mięsa i ducha, za solidny, ale wcale nie jednoznaczny kawał prawdy o nas samych. Znamienne, że w dziennikach wszystkich pisarzy czas między wojnami wygląda tak samo. „Nikczemność staje się prawidłem życia”, pisała Dąbrowska. Identycznie sanacyjną Polskę opisywała Nałkowska. To, co się teraz dzieje, nie wzięło się więc znikąd.

Spotkałem się po raz pierwszy z Dąbrowską, mając cztery lata. Zaćwierkała do mnie: „Jaki słodki chłopczyk”. A raczej nie lubiła dzieci. Miałem, słodki chłopczyk, warknąć: „Weźcie ode mnie tę okropną staruszkę”. Rok przed śmiercią pisarki byłem z rodzicami w jej domku w Komorowie. 29 maja 1964 r. zapisała w swoim dzienniku: „O piątej przyjechali Jastrunowie z trzynastoletnim jedynakiem Tomkiem”. A ja zapamiętałem tylko tulipany i małego pieska, a pisarki nie.


To mamy rocznicę Marca ‘68. Pół wieku? To aż taki stary jestem? A przecież wiele zdarzeń z tamtego czasu pamiętam, jakby to było wczoraj. Najdotkliwiej szare perony Dworca Gdańskiego. Żegnałem tam mojego przyjaciela Olka. Teraz jest operatorem w Hollywood. Gdy się patrzy na kariery i losy wielu ludzi, którzy wtedy zostali wygnani, widać jak na dłoni stratę, jaką poniosła Polska. Pozbyć się za jednym zamachem tylu talentów – co za podłość, co za głupota. Ale pamiętam też przenikliwy zapach – to była woń faszyzmu. Chodziłem wtedy jeszcze do szkoły, byłem w klasie maturalnej. Nagle okazało się, że w szkole są jacyś Żydzi i że ujawnili się od razu ich koledzy antysemici, którzy im to wypominają. Dyrektor, zresztą okropny, także miał złe pochodzenie i wyrzucono go. Mieliśmy piękną nauczycielkę polskiego, fizycznie i duchowo. Jej rodzina w czasie wojny ukrywała Żydów. Miała na lekcji płomienne wystąpienie w obronie studentów. Wyjechała z Polski. Nie chciała tu już żyć. Przed wyjazdem przesłuchiwała ją Służba Bezpieczeństwa. Dziwili się, czemu wyjeżdża. „Sprawdzaliśmy, jest pani czysta rasowo do czwartego pokolenia”. Nie można więc jednak porównywać tamtej kampanii z tym, co się stało teraz, wtedy płynęła rzeka wymiocin, a teraz tylko rządzącym trochę się ulało, a pod skorupą narodu ujawniło się od razu sporo plugastwa, co wiemy dzięki internetowi. Wtedy system skompromitował się do końca, już nie można było mieć złudzeń. Czy teraz można je mieć?

Ale Marzec ‘68 to był też ożywczy podmuch buntu. I ziarno, z którego wyrosły potem ruch opozycyjny i Solidarność.

Wydanie: 11/2018

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy