Nowy rząd i stare koleiny

Nowy rząd i stare koleiny

Wszystko miało być nowe. Nowa polityka i nowy sposób jej uprawiania. Ludzie na to czekali i dlatego tak zagłosowali, jak zagłosowali. Przeciw PiS, a przy okazji za Platformą.
Nie będzie nowego. Koleiny wyjeżdżone przez ostatnie dwa lata są głębokie i rząd musi bardzo uważać, aby w nie nie wjechać. Już wjeżdża.
Ledwie skończyła się dyskusja, czy adwokat może być ministrem sprawiedliwości, w której i Stefan Niesiołowski, i premier wykazywali, że zarzuty stawiane min. Ćwiąkalskiemu przez posłów PiS są bezzasadne i po prostu głupie, gdy Julia Pitera identyczne wątpliwości podniosła wobec adwokatów – sędziów Trybunału Konstytucyjnego.
Oponenci Ćwiąkalskiego twierdzili jedynie, że ten ostatni jako adwokat nie może zostać ministrem. Julia Pitera poszła znacznie dalej. Zaproponowała ni mniej, ni więcej, tylko weryfikację wybranych już sędziów Trybunału Konstytucyjnego.
To było już nie tylko głupie (jak w przypadku zarzutów wobec Ćwiąkalskiego), ale i niebezpieczne.
Gdyby takie rozważania snuła sobie, choćby publicznie, jakaś paniusia, można by ją wyśmiać albo wzruszyć ramionami. Rzecz w tym, że Julia Pitera to nie jakaś tam paniusia, ale posłanka rządzącej partii, w dodatku minister w Kancelarii Premiera. Osoba ważna i w nowej ekipie wpływowa. Premier rzucił ją na ważny odcinek frontu: do walki z korupcją. Ma więc Julia Pitera być w ekipie Tuska w jednej osobie i Zbigniewem Ziobrą, i Mariuszem Kamińskim.
Tymczasem Platforma ma problem z tym ostatnim. Okazuje się, że jest on w zasadzie nieodwoływalny. Trzeba by zmienić ustawę albo go zamknąć. Ustawy szybko zmienić się nie da, a w każdym razie nie jest łatwo. Skorzystać z drugiego rozwiązania jeszcze trudniej. Bez komisji śledczej ani rusz; komisja śledcza to praca na miesiące, a wynik jej prac nieznany i trudny do przewidzenia. Wychodzi na to, że przez czas jakiś, raczej dłuższy niż krótszy, Donald Tusk chcąc nie chcąc będzie zwalczał korupcję w Polsce wespół z Julią Piterą i Mariuszem Kamińskim.
Ma teraz Platforma problem. Sama go sobie zrobiła. Czyż nie głosowała za ustawą o CBA?
Co więcej, głosując za tą ustawą, wiedziała dobrze, że nieusuwalnym szefem CBA zostanie Mariusz Kamiński. Ma więc to, czego chciała.
Aby zamknąć temat adwokatów: w II Rzeczypospolitej ministrami sprawiedliwości byli adwokaci Józef Higersberger, Leon Supiński, prof. Wacław Makowski. Ministrem spraw zagranicznych był adwokat Stanisław Patek. Jeszcze gorzej było na uchodźstwie. Adwokat Władysław Raczkiewicz był prezydentem RP w latach 1939–1945! Adwokat! Prezydentem! To ci dopiero! W Państwie Podziemnym było jeszcze gorzej. Kluczowe stanowiska zajęli adwokaci: Stefan Korboński (delegat rządu na kraj), Zbigniew Stypułkowski, Antoni Pajdak czy Adam Bień. Do czego to podobne!
Nie miała widać II Rzeczpospolita umysłów na miarę posłów PiS i Julii Pitery.
A w III RP? Jeszcze gorzej. Połowa ministrów sprawiedliwości była adwokatami!
Bentkowski, Piątkowski, Dyka… No, ale tu wiadomo: Rywinland.
Czujność rewolucyjna obudziła się dopiero przy nieszczęsnym Ćwiąkalskim. A potem przy sędziach Trybunału Konstytucyjnego.
W czasach pokaczyńskich dla przywrócenia normalności trzeba odwagi. Czy wystarczy jej premierowi? Temu premierowi, który bojąc się niektórych biskupów, nie zechciał podpisać Karty Praw Podstawowych? Niektórych, boć przecież nie wszyscy są przeciwnikami tej karty, a wybitny jezuita, o. Stanisław Opiela SJ, wyraźnie mówi: „niech Kościół nie walczy z Kartą Praw”!
Premier Tusk, bojąc się niektórych biskupów, Karty Praw Podstawowych nie podpisze. Ale premier boi się nie tylko niektórych biskupów! On boi się także prezydenta Kaczyńskiego. Uwierzył urzędnikom Kancelarii Prezydenta, że jeśli budżet nie zostanie prezydentowi przedłożony w terminie, który ci urzędnicy uznali za konstytucyjny, to prezydent może rozwiązać parlament. Kolejna bzdura. Pomijając już interpretację konstytucji w wykonaniu prezydenckich urzędników, prezydent tak czy owak Sejmu by nie rozwiązał, w aktualnej sytuacji bowiem zakończyłoby się to sromotną klęską PiS w kolejnych przedterminowych wyborach. A tego prezydent mimo wszystko jest chyba świadomy. A więc obawa Donalda Tuska jest wyrazem nadmiernej ostrożności i kolejnym świadectwem braku odwagi. Zamiast przystąpić do opracowania swojego budżetu, rząd przedkłada prezydentowi budżet przygotowany przez rząd PiS, nie pozostawiając na nim równocześnie suchej nitki!
Rzecz paradoksalna. Ten bojący się śmiałych, dla państwa potrzebnych decyzji premier bez żadnej potrzeby zaostrza konflikt z prezydentem.
Za politykę zagraniczną zgodnie z konstytucją odpowiada rząd, ale i prezydent RP ma tu swoje kompetencje. Nie od dziś wiadomo, że współpraca rządu i prezydenta nie jest najlepsza. Prezydent Lech Kaczyński nie udaje nawet, że jest „prezydentem wszystkich Polaków”. Jest prezydentem PiS i tych, którzy na PiS głosowali. Jest obrażony na Platformę, że ta śmiała wygrać z PiS wybory. Trudno. W interesie państwa jest konflikt ten wyciszać, łagodzić, szukać dróg kompromisu.
Co w tej sytuacji robi premier Donald Tusk? Zaostrza konflikt z prezydentem. Decyzje rządu w sprawie polityki wobec Rosji i w sprawie udziału naszych wojsk w misji (jakkolwiek by ją nazwać) w Iraku są niewątpliwie merytorycznie słuszne. Jednak ich podjęcie bez konsultacji z prezydentem albo chociaż bez powiadamiania go o nich jest czymś więcej niż błędem. Jest czymś nieporównanie więcej niż nietaktem czy naruszeniem dobrych obyczajów. Na tej demonstracji niezależności rządu traci autorytet państwa i jego powaga.
W sprawach polityki zagranicznej i premier, i cały rząd, i prezydent muszą mówić jednym głosem. Tu naprawdę nie chodzi jedynie o dobry ton i szacunek dla głowy państwa.
Tu chodzi o powagę państwa! Uznając konstytucyjne domniemanie kompetencji rządu w zakresie polityki zagranicznej, nie można dopuścić do tego, by prezydent o decyzjach rządu w tym zakresie dowiadywał się z mediów!
Pomijając reperkusje na arenie międzynarodowej, premier zaostrzył i tak dotkliwy i szkodliwy dla państwa konflikt z prezydentem. Tu naprawdę nie o osobiste ambicje chodzi, lecz o dobro państwa.
W tym sporze, choć mi zdecydowanie bliżej do Donalda Tuska niż do Lecha Kaczyńskiego, rację muszę niestety przyznać prezydentowi. Premier popełnił błąd. Kolejny. Jak na pierwsze tygodnie urzędowania, tych błędów jest zatrważająco wiele. A ich konsekwencje będą się ciągnąć przez długie, długie miesiące, jeśli nie lata. A co będzie, gdy tych błędów będzie jeszcze więcej?
Rząd zaczął z dobrymi pomysłami i zapewne z dobrą wolą ich realizacji. Można się jednak obawiać, że pomysłów tych nie zrealizuje. Z dwóch przyczyn. Pierwsza to brak odwagi. Druga to opór materii i złe nawyki zakorzenione w czasach rządu PiS. To głębokie koleiny, w które łatwo wjechać, a z których wyzwolić się bardzo trudno. Chciałbym się mylić, ale mam podstawy obawiać się, że po roku rządy PO i PSL od rządów poprzedniej koalicji będzie różnić już tylko styl.
Może to dużo. Ale czy tylko na to czekały miliony Polaków?
Wątpię.

Wydanie: 49/2007

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy