Istota obrony demokracji

Zapiski polityczne
20 maja 2002 r.

Dla nas wszystkich szukających od wielu lat możliwości ułożenia dobrych stosunków pomiędzy Polską i Ukrainą absurdalna decyzja radnych miasta Lwowa, przekreślająca zawarty na szczeblu państwowym kompromis dotyczący cmentarza Orląt Lwowskich na Łyczakowie, jest istotnym podważeniem sensowności naszych starań, bowiem na Ukrainie istnieją nadal zaciekle antypolskie kręgi polityczne i schematy myślowe, Polsce zdecydowanie wrogie, choć czasem oparte na przesłankach irracjonalnych. Oto jeden z licznych przykładów. Spytałem znanych mi od dziecka mieszkańców mojej rodzinnej wsi, dlaczego – chociaż od pradawnych czasów należeli do Kościoła greckokatolickiego – gdy nadeszła chwila wyzwolenia Ukrainy spod panowania rosyjskiego, pozostali przy narzuconym siłą kilkadziesiąt lat temu prawosławiu, wprawdzie podległym Kijowowi, a nie Moskwie, ale jednak prawosławiu. Odpowiedź była zdumiewająca. „Bo to jest Polska cerkiew”. Miły Boże. Kościół greckokatolicki był przecież może nawet najpotężniejszym, jaki zaistniał czynnikiem odrodzenia narodowego Ukrainy, jeśli nie wręcz tego odrodzenia stworzycielem, a tu nagle powraca stary argument rosyjskiej propagandy, bardziej politycznej niż religijnej, o polskim charakterze tej cerkwi.
Natomiast ja sam czuję się oszukany przez tę nieszczęsną decyzję radnych Lwowa, gdyż przez długi czas mego uczestniczenia w Radzie Europy drążyłem skałę nieufności Zachodu wobec Ukrainy. Politycy europejscy dawali w kwestii przyjęcia do Rady Europy Rosji i Ukrainy zdecydowane pierwszeństwo Rosji, zaś ambicją Ukrainy była równoczesność akcesji, a jej marzeniem stała się idea wcześniejszego niż Rosja wstąpienia do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy. Odbyłem w tej sprawie wiele dodatkowych podróży i narad w Paryżu i Strasburgu, przekonywałem, prosiłem i swój zamiar osiągnąłem. Kiedyś to może opiszę, ale raczej w pamiętniku. Niestety, doczekałem się, nie tylko w tej sprawie, szeregu zawiedzeń świadczących o istnieniu w umysłach wielu ukraińskich polityków owej wspomnianej wrogości wobec Polski.
Wrogość łatwo zrozumieć, jeśli się od dziecka patrzyło na przebieg konfliktu i przeogromną głupotę przedwojennych władz Polski wobec Ukraińców, jednakże cała ta smutna sprawa zmusza do postawienia pytania, czy zaistniało już na mapie Europy państwo ukraińskie, czyli organizm administracyjno-polityczny zarządzany jedną wspólną zasadą odpowiedzialności wszystkich organów władzy za zobowiązania, jakie ten kraj podejmuje wobec swoich partnerów i sąsiadów.
Lwowski incydent pokazuje wyraźnie, że takie państwo dopiero, i to być może, zaledwie zaczyna się tworzyć, gdyż mała gromadka lokalnych watażków politycznych może przekreślić kilka lat kompromisowych wysiłków władz państwowych. Krótko mówiąc, sprawa lwowskiego cmentarza jest poważnym ostrzeżeniem na teraz, być może, także na potem, że wszelkie umowy i porozumienia mogą być przekreślane i wykoślawiane. Tyle na ten temat.
Dzisiejsza nocna tragedia w Czechowicach-Dziedzicach otworzyła na nowo nigdy właściwie niezakończoną dyskusję na temat prawa karnego, szczególnie o karze śmierci. Zabito znowu dwóch policjantów. Szczegóły mordu nie są, jeszcze znane, ale to nie przeszkadza w podjęciu debaty zamieniającej się po wypowiedzeniu przez dyskutantów zaledwie kilku słów w dyskusję nie tyle prawną, co polityczną. Prawica posługuje się prymitywnym schematem myślowymi: w Polsce za sprawą lewicy istnieje zorganizowany i sprawny front obrony przestępców i tylko natychmiastowe zaostrzenie systemu kar i przywrócenie kary śmierci mogą skutecznie zwiększyć bezpieczeństwo. Argumenty najradykalniej formułowane przez braci Kaczyńskich prawie zupełnie pomijają wysuwane przez lewicę twierdzenia, że o bezpieczeństwie obywateli decyduje przede wszystkim nie sama surowość kar, ale ich nieuchronność i szybkość wymierzania. Bracia odpowiadają, że skoro państwo polskie jest jako takie organizmem niezwykle słabym, wręcz w stanie rozkładu, nie można liczyć na szybkość i nieuchronność.
Najsłabszym punktem w argumentacji braci K. jest sprawa kary śmierci. Lech Kaczyński, jako profesor nauk prawnych, wie doskonale, iż powrót przez państwo polskie do stosowania kary śmierci zamyka nam większość dróg do Europy, nie tylko do Unii, ale do współżycia z Europą na każdym polu. Powrót do kary śmierci jest dla polityków zachodnioeuropejskich widomym znakiem powrotu do totalitarnych metod sprawowania władzy.
Dlaczego więc profesor prawa wysuwa takie dwuznaczne i niebezpieczne żądanie? Jest to zwyczajna demagogia mająca na celu nie tyle sam powrót do wieszania przestępców, ile zdobycie popularności w społeczeństwie, którego znaczna większość opowiada się za karą śmierci, hołdując starej żydowskie zasadzie oko za oko, ząb za ząb. Po uzyskaniu efektu, czyli po zdobyciu władzy zawsze można powiedzieć, że przecież politycy chcieli dobrze, lecz ze względów międzynarodowych chwilowo kary śmierci nie można przywrócić, ale przyjdzie jeszcze jej chwila. Kary więc nie będzie, władza zostanie we właściwych rękach.
Cóż, nie od dzisiaj celem uprawiania polityki jest dla sporej części graczy w tę zabawę samo nagie zdobycie władzy, nie tyle dla dobra kraju, co dla korzyści, jakie to daje zdobywcom. Tej prawidłowości nie da się zmienić, gdyż chęć rządzenia jest jedną z najsilniejszych namiętności ludzkich, o czym świadczy gigantyczna literatura spisana w ciągu długich wieków. Nie ma innej obrony przed tymi ciągotami niż uważne patrzenie na łapy wyciągające się jawnie lub chytrze po władzę i bicie, solidne bicie po tych łapach, gdy wyciągający je chcą dla siebie zbyt wiele. Taka jest istota zjawiska zwanego obroną demokracji. Zawsze zagrożonej.

 

Wydanie: 21/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy