Kłopoty z etyką

Zapiski polityczne

Coraz więcej żyje w Polsce ludzi zagubionych moralnie. Nie ma następcy Tadeusza Kotarbińskiego, który uczył życia godziwego – a łączył to nauczanie z wielkim osobistym autorytetem i nigdy nie szedł na kompromisy z siłami totalitarnymi, jakże w tamtych dawnych czasach potężnymi. Miałem to szczęście, że byłem osobiście zaprzyjaźniony z profesorem, co wzięło się z okresu, gdy drukował on w „Przeglądzie Kulturalnym” swoje fraszki. Byłem tam sekretarzem redakcji i wspominam ten okres jako niezwykle ważny i ciekawy. „Przegląd” skupiał wokół siebie najlepsze pióra Rzeczypospolitej, zwanej wtedy Polską Ludową, ale w naszym piśmie staraliśmy się być raczej ponad to obciążenie, co nie znaczy, że nie byliśmy zmuszani do różnych kompromisów, aliści nie pamiętam, bym spotykał się z odmową drukowania u nas istotnych tekstów o wymowie moralnej czy patriotycznej.
Bywały wówczas spore kłopoty z cenzurą, ale jej pracownicy traktowani nie wrogo, lecz „sojuszniczo” szli nieraz na daleko idące kompromisy, co w późniejszych latach przybierało niejednokrotnie wręcz anegdotyczne formy. Już wtedy nie pracowałem w „Przeglądzie”, lecz w Dziale Literackim Polskiego Radia i pamiętam z tego, podkreślam, późnego okresu istnienia cenzury takie zdarzenie. Przygotowywaliśmy audycję, w której autor powoływał się często gęsto na poezję Czesława Miłosza. Pani cenzorka, młoda dziewczyna, wezwała mnie i wyjaśniła, że ma „zapis” na słowo Miłosz i pod żadnym pretekstem nie może zwolnić do nadania tego, co dostarczyłem. Szkoda, powiedziałem… taki ciekawy tekst, czy nie dałoby się go jakoś uratować? Byłaby taka możliwość, rzekła cenzorka. Jak? Nie mam zapisu na słowa „Dolina Issy”. Słuchacze programów literackich wiedzą przecież, kto tę książkę napisał. Zrozumiałem. Nie należy mówić Miłosz, lecz zastąpić nazwisko słowami autor „Doliny Issy”. Kiwnęła potakująco głową. Szybko zmieniliśmy tekst. Wyleciał Miłosz zamieniony na „Dolinę Issy”. Program był ocalony.
Warunek do realizowania takich zamiennych transakcji był jeden. Nie wolno było nam, redaktorom Polskiego Radia, odnosić się wrogo czy pogardliwie do cenzorów, co czasem działało na ich szkodę, gdyż nie mogli wchodzić w takie komitywy. Pamiętam książkę jakiegoś publicysty z prasy „ludowej”. Wydał on grube dwa tomy publicystyki politycznej, sięgające czasów październikowych przemian. Czytaliśmy tę publikację ze zdumieniem. Znaczna część drugiego tomu nadawała się wypisz, wymaluj do konfiskaty. Po kilku dniach wybuchła bomba. Cenzor, który te tomy zatwierdził do druku, wyleciał z wielkim trzaskiem z pracy. Co się okazało? Nie lubił on publicystyki. Przebrnął z trudem przez pierwszy tom i niczego „zdrożnego” tam nie odkrył, ale znudził się śmiertelnie, przeto drugiego już nie czytał, a tam właśnie autor umieścił wszystko to, co mu w owej „ludowej prasie” popaździernikowa ostra cenzura skonfiskowała, bo to już był czas odwrotu od wolności słowa. Cenzora jednak to wszystko tak znudziło, że zatwierdził, nie czytając. No i wyleciał z pracy. Przygarnęło go radio.
Dlaczego to opowiadam w związku z profesorem Tadeuszem Kotarbińskim? Krążą teraz różne, często prawdziwe, choć nieraz mocno przesadzone opinie o surowości tamtych, nazwijmy je „gomułkowkich”, lat. Warto jednak pamiętać, że wraz z owym polowaniem na czarownice, jakie miało miejsce na wielu polach, działały także istotne nakazy moralne. Jednym z tych, którzy je upowszechniali, był właśnie Tadeusz Kotarbiński, bardzo ostro zwalczany przez struktury kościelne jako autor zbioru norm nazwanych przez niego systemem etyki niezależnej. Te wartości, jakie propagował Tadeusz Kotarbiński, były – co brzmi paradoksalnie – wspierane przez surowe negowanie ich przez struktury religijne, czemu trudno się dziwić, gdyż tezy moralne głoszone przez profesora były jawnie ateistyczne.
Nagrałem kiedyś dla telewizji długą i arcyciekawą rozmowę z profesorem. Miałem kłopoty z umieszczeniem jej na antenie, a potem w ocenie zarówno ze strony oficjalnej (były tam liczne ingerencje cenzury), jak i kościelnej, gdyż kulturalni wydawałoby się kapłani katoliccy mieli mnóstwo zastrzeżeń bardzo zbliżonych w treści do tych urzędowych. I dla jednych, i dla drugich piękne etyczne sformułowania wykładu profesora były trudne do przyjęcia, ale gdy poszły na antenę, natychmiast znalazło się pismo – „Literatura”, o ile dobrze pamiętam – które podjęło się druku tego, co wyłożył profesor. Warto w tym miejscu dodać, że był w tym piśmie ten sam niezastąpiony w trudnych latach Gustaw Gottesman, który propagował z niemałym nieraz trudem drukowanie Kotarbińskiego w „Przeglądzie Kulturalnym”.
Warto to wszystko przypominać, by wskazać, że polskie odrodzenie polityczne nie powstało na jałowym gruncie. Systemowi krzewienia ideologii totalitarnej przeciwstawiała się po okresie stalinowskim znaczna część ludzi kultury, zaś etyczne rozważania profesora Kotarbińskiego, mimo oporów Kościoła, miały spory wpływ na życie godziwe Polaków w tamtej epoce. Ludzie odchodzący od dawnych – przedtotalitarnych – norm moralnych nie byli zostawieni na jałowej pustyni. Mieli drogowskazy etyczne. Czy mają je dzisiaj? Kościół nie zmienił – z tego, co wiem – mocno krytycznego stosunku do systemu etyki niezależnej Tadeusza Kotarbińskiego, a ludzie porzucający w codziennej praktyce zasady etyki katolickiej nie znajdują oparcia w systemie pojęć bardziej uniwersalnych, jakimi były niewątpliwie nauki Tadeusza Kotarbińskiego. Istnieją co prawda szermierze jego idei, ale działają na bardzo ograniczonym polu publikacji. Etyka niezależna to pojęcie chyba całkiem nieznane potężnemu gronu dorastającej młodzieży. Kotarbiński, mądry nauczyciel dobroci i uczciwości, nadal jest wrogiem środowisk religijnych, zaś sama etyka – taka zwykła, nakazująca żyć godziwie – jest w rozpaczliwym odwrocie.

25 listopada 2003 r.

 

Wydanie: 49/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy