Poszerzone pole pretensji

Poszerzone pole pretensji

Lista pretensji do obecnej władzy – zarówno w jej reprezentacji prezydenckiej, rządowej, parlamentarnej, lokalnej, medialnej, lobbystycznej, jak wszelakiej innej – rośnie, kumuluje się i zwielokrotnia. Mamy uzasadnione podejrzenia, że to gigantyczny syndykat przestępczy, który dokonuje zaplanowanej, wieloetapowej destrukcji polskiego państwa (równocześnie, pełniąc obowiązki jego reprezentanta, podaje w wątpliwość jego istnienie) i jego konstytucyjnej konstrukcji, rozmontowuje założycielską zasadę trójpodziału władz na rzecz jednopartyjnego władztwa, nad którym unosi się fantazmatyczne zwierzchnictwo jednego człowieka.

Kiedy myślę, co jest najbardziej dotkliwe w owej konserwatywno-prawicowo-społecznej (tak, tak społecznej również, co bardzo istotne) rewolcie, pojawia się cała gama wątków. Weźmy pierwszy z brzegu: nieustanna parada symulantów, którzy udają, że pełnią ważne funkcje państwowe, których wszakże – nie pełnią.

Myślę tu o dwojgu przysłowiowych premierach i cudaku prezydencie. Ktoś może powiedzieć: co wadzą symulanci, kiedy wiadomo, że nimi są? Kiedy wiemy, kto naprawdę rządzi, dlaczego nierządzący rząd ma nas irytować? No może jednak dlatego, że pośrodku tego życia jesteśmy my – prawdziwi, żywi, z realnymi problemami, marzeniami, oczekiwaniami, gwarancjami, którymi żonglują przebierańcy? Awatary? Boty? Sztuczna ćwierćinteligencja? Może dlatego jest to tak irytujące, że będąc obywatelami państwa zwanego Rzecząpospolitą Polską, nigdzie nie możemy odszukać śladu tego, że bierzemy udział w jakiejś narodowej planszówce, że to tylko gra, że kostkę ma ktoś inny i że sama plansza, o zgrozo, jest płynnie zmienna. Moja pretensja opiera się na tym, że bardzo trudno mi myśląc, działając, analizując to, co z Polską od 50 lat się dzieje – nagle uznać, że to jakaś mgławica, chmura, że irracjonalność kładzie na łopatki racjonalność. Że moją uwagę, energię skupia ktoś, kto jest byłym bankierem i nie pamięta, że bank, któremu prezesował, udzielał kredytów we frankach, w tym jego żonie po dwóch tygodniach od zarejestrowania działalności gospodarczej, kiedy regułą jest minimum rok.

Nie mogę się nadziwić, że moja koncentracja skupia się na wypowiedzi Jędrusia, który pełniąc funkcję głowy państwa, członka Unii Europejskiej, pozwala sobie na uwagę porównującą to członkostwo do 123 lat zaborów. Wcześniej tenże Jędruś zgarniał sporo euro od „zaborcy”, będąc europosłem. Teraz odda? Te dwie sprawy w jego głowie się nie łączą, nie mają wspólnego mianownika? Niejednokrotnie mam poczucie obcowania z osobnikami, których jedyną wspólną cechą jest bycie dr. Jekyllem i panem Hydem. Dotąd krytykując zresztą bez umiaru (ale słusznie) niemal każdego poprzedniego rządzącego, miałem wrażenie, że bywam oszukiwany, zwodzony, mamiony, ale ta gra odbywa się na polu, którego zasadnicze cechy: rozmiar, warunki, granice są mniej więcej pouzgadniane. Teraz jest inaczej. Brakuje wyobraźni, żeby poukładać sobie te klocki w całość. Prezydent krytykuje ustawę o IPN, którą po powszechnie wyrażonych krytykach podpisał i równocześnie asekuracyjnie wysłał do niedziałającego i równocześnie działającego bezprawnie Trybunału Konstytucyjnego. Chciałby podpisać i zawetować zarazem, wszystko to jednak bez uroku Wałęsowskiej frazy: „Jestem za, a nawet przeciw”. A sadzić absurdy bez uroku to jednak klątwa spalonego teatru…

Kiedy w zeszłym tygodniu pastwiłem się nad Mateuszkiem, który stracił swoją ojczyznę – Polskę, której miało nie być, kiedy w niej się rodził, wychowywał, uczył i dorastał – nie myślałem, że dzisiaj do mnie wróci figura kolejnego krótkoportkowca – Jędrusia, który chciałby wszystkich zadowolić. Najlepiej, żeby jego podpis pod ustawami albo się wyświetlał, albo nie, w zależności od tego, kto patrzy i co sobie myśli. Małemu nikt nie wytłumaczył, że taki podpis jest jak twarz – ma się jedną – i podpis albo jest, albo go nie ma. I wtedy dopiero coś znaczy.

Jeśli na dwóch (formalnie) najwyższych stanowiskach państwowych mamy niedojrzałych chłopców, którzy – jak to dzieci – każdego dnia z niegasnącym optymizmem głuptasków dzielą się z nami swoimi pseudomądrościami, kluczą, oszukują i nie mogą się doczekać, jeden wyjazdu na narty, gdzie wreszcie stoi na swoim, drugi nawet nie wiem, jakie ma pasje – to widzę, że to jest jakaś reguła. Że mały Mateuszek myśli, że rządzi, że mały Jędruś sądzi, że podejmuje jakieś decyzje i co najgorsze, chętnie nam o tym, co mu w główce się telepie, opowie. I zażąda szacunku dla instytucji, tytułu, stanowiska, majestatu. Albo się obrazi, nadąsa, poliki napnie. I wypnie we wszystkie strony naraz – urażony jak pięciolatek.

I tak nam życie w tej rzeczpospolitej przedszkolnej gwarno i hałaśliwie płynie. Tylko Polski i czasu żal, a czas ma swoją zbyt krótką historię, żeby go tak bezkarnie trwonić.

Wydanie: 12/2018

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy