Prawie koniec wakacji

Prawie koniec wakacji

Kolejna wioska kaszubska. Rozmawiam z miejscowymi, mówią o swoim niepokoju, że do władzy dojść u nas mogą wariaci. Tego boją się ludzie, którzy sobie radzą. Pobliscy mieszkańcy dawnych PGR-ów mają gorzej, przytulają się do Radia Maryja, a tam trąby grają na koniec Polski. O wiele mniej boimy się wojny. A na zdrowy rozum całkiem nam do niej blisko. Nawet małżeństwo potrafi czasami tak się uwikłać w kłótnię, że następuje eskalacja słów i przechodzi się do czynów. A pewne, że Rosja przegrywając (skazana na klęskę w wojnie z Zachodem), użyłaby broni ostatecznej. W psychozie wojny nigdy nie zrezygnuje się z użycia broni, która mogłaby uchronić od klęski albo przyspieszyć ostateczne zwycięstwo. Tak Amerykanie potraktowali kiedyś Japończyków. Izrael na pewno użyłby broni atomowej, gdyby zagrożony był jego byt. Wojna z udziałem środków ostatecznych nie mieści się nam w głowie, dlatego za bardzo jej się nie boimy.
A w Polsce nadal za często piękno przegrywa wojnę
z brzydotą. Jestem na chwilę w Łebie. Monstrualne brzydactwo tego, co tam pobudowano w ciągu 20 lat. Taka rozmaitość złej architektury, że czuję estetyczny ból zębów i zbolały uciekam.
Z jednej strony, widocznie przyrasta nam urody i dbałości, co zawsze staram się odnotować. Z drugiej strony, brzydota lub nijakość też rosną. To nie tylko polski problem. Nowa architektura we Włoszech czy w Hiszpanii nie dorasta do pięt starej.
Idąc po raz pierwszy leśną ścieżką w stronę morza, ujrzałem niebieską nakrętkę butelki po jakimś napoju. Sama w sobie nawet nie taka brzydka, ale raniła to miejsce. Pomyślałem: nie podniosę, zobaczymy, po jakim czasie zniknie. Minęły dwa tygodnie i nie znikła. Ostatniego dnia pobytu wrzuciłem ją do torby, a potem do kosza. Jak to możliwe, że nikt spośród setek ludzi, którzy przechodzili tą ścieżką, jej nie podniósł? Dlaczego nie ma u nas nauki ekologii w przedszkolach, czemu tak mało jej w szkołach? Pewnie dlatego, że ci, którzy decydują o programach, może nawet kulturalni, ale też pewnie przeszliby obojętnie obok rzuconej w lesie butelki.
Pewien Kaszub opowiadał mi, jak przed laty poszedł ze swoim niemieckim gościem na plażę. Zabrał ze sobą jedzenie, z jajek odłupał skorupki i rzucił je w piasek. Niemiec zaczął je zbierać do torebki. Jaki wstyd – łapie się teraz za głowę – ale skąd miałem wiedzieć, że tak nie wolno, nikt mnie przecież tego nie nauczył, ani rodzice, ani szkoła.
Teraz mówi się już pełnym głosem, że przejęcie tych ziem, chociaż nie było innego wyjścia, miało wiele z najazdu barbarzyńców. Ludzie opowiadają, gdzie co tu było przed wojną, nawet w tej wiosce założono mały park z ławkami. Ewangelicki cmentarz został ograbiony z metalowych krzyży i marmuru dopiero na początku lat 90., kiedy dawną bezradność zastąpiła bezwstydna pazerność.
W pobliskim Ciekocinku piękny pałac, park i stajnie, wszystko podniesione z ruiny przez prywatnego właściciela. Trwa odtwarzanie zdewastowanej tkanki dworkowo-pałacowej, ale już z nową „szlachtą” i „arystokracją”. Ich wnukowie zdejmą cudzysłów z tych słów, ale to będzie tylko arystokracja pieniądza. Odbywa się tam kilkudniowy międzynarodowy konkurs jeździecki. Piękne araby, piękne amazonki, uczta dla oka. Stadniny koni mnożą się w Polsce i przypominają, że byliśmy w koniach mocarstwem, a polska jazda nie miała równej w dawnych wiekach. Naprzeciw pałacowego parku mieszkalne budyneczki popegeerowskie, bieda i bezradność, ale z okien sterczą anteny satelitarne.
Powrót znad morza do Warszawy. Najpierw wąskie zatłoczone drogi i chaos zabudowy. Ktoś z innego świata wstawiony tu znienacka miałby problem z identyfikacją, w jakim jest kraju. Widać, że to kraj niebiedny, nawet dostatni, lecz jakiś chaotyczny, a jego mieszkańcy nie przeszli estetycznego treningu. Szpetna wysypka reklam. Na drogach wąsko, gęsto i wyboiście. Samochody jednak dobre, tylko co chwila ktoś prowadzi za szybko, wjeżdża nam w zderzak i płonąc światłami, wrzeszczy klaksonem. W końcu majaczą bramy autostrady, zwykły roboczy dzień, a czekaliśmy 40 minut. Ktoś znowu nie pomyślał. Ale potem już szeroko, dobra mała architektura, taki luksusowy korytarz w mieszkaniu dosyć zabałaganionym.
Na niepłatnej części autostrady nie widać stacji benzynowych ani ostrzeżenia, że ich nie będzie. Zjeżdżam na resztkach paliwa z autostrady i spragniony pragnieniem mojego samochodu zmierzam w stronę Kutna. Po kilku kilometrach stacja, na niej cudowny powrót do czasów PRL. To nawet jakoś mnie wzrusza. Tak to u nas wszystko się przeplata.
W Warszawie już noc. A to co takiego? – pyta mój starszy syn. Własnym oczom nie wierzę. Jak senne zmory jadą czołgi na lawetach. Poznaję, że to leopardy. Za kilka kilometrów następny konwój. Mobilizacja? Wojna? Na szczęście przypomniałem sobie o defiladzie.

Wydanie: 34/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy