Majstersztyk

Kto narzuca język i tematy dyskusji publicznej, ten panuje nad opinią. Tę niewątpliwą prawdę przypomniał niedawno w rozmowie z „Przeglądem” prof. Karol Modzelewski.
Prawidłowość ta potwierdza się obecnie aż nadto wyraźnie. Widziane z tej perspektywy wydarzenia ostatnich dni i tygodni są wielkim triumfem braci Kaczyńskich i ich partii. Nie chodzi o to, na ile sami Kaczyńscy, prezydent lub premier, majstrowali osobiście przy sprawie abp. Wielgusa, lecz o to, że język tej awantury, dylematy, jakie się w jej trakcie wyłaniają, wnioski, jakie się z niej wyciąga, wreszcie sam podstawowy fakt, że nie tylko gazety czy telewizje, ale także normalni i skądinąd rozsądni ludzie rozmawiają między sobą o tej sprawie, świadczy, że mentalność i świat Kaczyńskich opanowały wyobraźnię społeczną.
Na dobrą sprawę bowiem kwestia nominacji metropolity diecezji warszawskiej, nawet gdy do funkcji tej przywiązany jest tytuł prymasa (który na razie zresztą miał i tak zachować kard. Glemp), jest wewnętrzną sprawą Kościoła i rację ma ganiony za to abp Głódź, który powiedział, że kler mógłby spokojnie załatwić tę administracyjną sprawę w swoim gronie. Oczywiście, ciekawie jest zobaczyć, jak Radio Maryja, wylęgarnia wszelkich ekstremizmów, broni do upadłego biskupa, który sam przyznał się do wieloletniej współpracy z SB, ponieważ jest on temu radiu ideowo bliski, albo jak prymas Glemp, który uznał opublikowanie osławionej „listy Wildsteina” za fakt pozytywny i oczyszczający, teraz mówi o „lustracyjnych świstkach” i „brudnych teczkach IPN”, a więc dokładnie to, co już dawno temu powinna powiedzieć lewica, zamiast włączać się w ten kontredans. Są to jednak w istocie ciekawostki, które nie powinny – przy całym szacunku dla katolickiej większości naszego narodu – stawać się sprawą ogólnopaństwową, dopóki jeszcze nie jesteśmy państwem teokratycznym, jak większość państw islamu.
Majstersztyk Kaczyńskich polega jednak właśnie na tym, że ów dialog czy skandal kościelny – jak kto woli – został błyskawicznie zamieniony w kwestię państwową. Premier mówi w wywiadzie, że wprawdzie Kościół jest Kościołem, ale w istocie jest to główna instytucja narodowa. A skoro tak, to fakt zwerbowania przez SB kościelnego dostojnika – za którym oczywiście pójdą inni, także zmarli, jak bp Dąbrowski na przykład, którego wielką winą jest to, że siedział przy Okrągłym Stole – jest groźbą wiszącą nad państwem. Dlatego – tu zaś skok myślowy jest imponujący – należy wytrzebić do końca wszystkich ubeków, którzy kiedykolwiek zajmowali się tym werbunkiem. Zabrać im emerytury, żeby zdechli. Zabrać im mieszkania, żeby zdychali pod płotem. Podobnie też należy postąpić z tymi, którzy „opóźniają lustrację”, zgłaszając zastrzeżenia zarówno do ustaw, jak i praktyk lustracyjnych. Tacy niekiedy wypowiadają się w mediach, a więc trzeba rzecz jasna „oczyścić” i przydusić media…
W ten sposób ze sprawy kościelnej socjotechnika medialna Kaczyńskich zdołała wyprowadzić niemal wszystkie postulaty, na których PiS zależy na co dzień. I rzeczywiście opinia publiczna, nie tylko medialna, ale także całkiem prywatna, ta ze sklepu, autobusu, od fryzjera czy z kolacji wśród znajomych, obraca zwrotami, pojęciami, problemami, które podyktowało nam PiS. Powoli, sam tego nie zauważając, naród pogrąża się zarówno w panice, jak i głupocie.
Dlaczego właśnie teraz? Czyżby zgrzybiali ubecy i tylko nieco mniej spsiali esbecy szykowali teraz akurat jakiś spisek czy zamach stanu, który wymaga powszechnej mobilizacji i czujności?
O niczym takim nie słychać, mimo to moment na wzbudzenie paniki jest stosowny. Rząd Kaczyńskiego siedzi na chybotliwej koalicji i nikogo nie zdziwi, jak koalicja ta tąpnie. Lepper tonie powoli wśród mało malowniczych obscenów obyczajowych, Giertych, ratując resztki skóry i twarzy, może to robić, jedynie stawiając się Kaczyńskim. Wygląda więc na to, że PiS będzie musiało rządzić samo. A rządzić samo w normalny sposób nie może, nie tylko dlatego, że nie ma do tego odpowiedniej większości sejmowej, ale też dlatego, że nie ma kim rządzić. Humorystyczne zabiegi z szukaniem posady dla Kazimierza Marcinkiewicza, złotej rączki od wszystkiego, a także nominacja Skrzypka na miejsce Balcerowicza, nie mówiąc o innych mianowaniach, pokazują, że kadry PiS są marne, a także nieliczne, złożone z osób, które bracia spotkali kiedyś na drodze kariery i z którymi mimo swoich trudnych charakterów nie zdążyli się skonfliktować. Rządzić zaś przy pomocy niefachowych, niedouczonych, choć wiernych kadr nie można w sytuacji normalnej, ale można w sytuacji rewolucyjnej. Połowa radzieckich filmów o rewolucji opowiada o tym, jak wierny partii robotnik przychodzi do banku, wykopuje prezesa inteligenta i siada w jego fotelu, albo jak marynarz z „Aurory” obejmuje uniwersytet.
Taka właśnie, rewolucyjna sytuacja jest potrzebna, aby złamać istniejące dotąd przepisy, dotyczące na przykład konkursów na poszczególne stanowiska, a także zmusić sejmową opozycję do wspierania mniejszościowego rządu.
Rewolucja wymaga także uproszczeń w myśleniu. Człowiek, który myśli logicznie i w dodatku ma odpowiednią wiedzę, aby brać pod uwagę różne czynniki i fakty, nie nadaje się do tego, aby iść na barykady, a tym bardziej stanąć na baczność z gębą na kłódkę. Jego horyzont myślowy musi być prosty i możliwie pusty. Temu właśnie, jak wiemy, służą „polityka historyczna” i odpowiednia edukacja szkolna.
Obecnie, podgrzewana przez klimat, jaki wytworzył się wokół kościelnego skandalu lustracyjnego, na czoło wybija się wizja kraju sterroryzowanego przez UB i SB, które zdołały złamać nawet hierarchię kościelną. Z tego kraju wyzwalają nas właśnie Kaczyńscy. Robią to trochę późno, nie tylko po latach, kiedy rządziła komuna, ale także „układ” – również nowe pojęcie, które PiS narzuciło debacie publicznej, a które zafałszowało historię ojczystą. Czytam, że w Warszawie radni tej partii mają zamiar zburzyć pomnik „czterech śpiących”, czyli pomnik pokazujący polsko-radzieckie braterstwo broni w czasie wyzwalania kraju spod okupacji hitlerowskiej. Pomnik ten wrósł w warszawsko-praski folklor nie mniej niż Pałac Kultury, ale nie wątpię, że uda się go zburzyć, w końcu łatwiej jest burzyć, niż budować. Najciekawszy jest jednak argument, jaki służyć ma tej destrukcji, a mianowicie troska o młodzież. – Oni, młodzi – mówi radny PiS – przechodząc obok tego pomnika, mogą „źle interpretować historię”. Mogą na przykład pomyśleć, że naprawdę było coś takiego, jak Armia Czerwona wspólnie z Wojskiem Polskim wyzwalająca Pragę, czyli, jak wiemy, nonsens.
A ci, którzy widzieli to na własne oczy? Wymrą, Bogu dziękować. Albo się ich zaknebluje. Przecież sytuację mamy tak napiętą, że trzeba działać stanowczo.

Wydanie: 3/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy