Nacjonaliści nadal straszą

Zapiski polityczne

17 kwietnia 2002 r.

Spędzam obecnie wiele godzin w Sejmie RP w otoczeniu, z którym jestem na bakier od dzieciństwa. Wpierw moimi domowymi nauczycielami byli młodzi ludzie, do których dawniej miałem pretensje, że za bardzo mnie obciążają pracą. Później zorientowałem się, że mieli większą wadę. Byli mianowicie zdecydowanymi nacjonalistami. Mój ojciec starał się, jak potrafił, sprawdzać, kogo zatrudnia, ale kiedy ksiądz Kania, nasz proboszcz, zamordował mego ojca złym słowem, ta kontrola ustała. Choć byłem zaledwie nastolatkiem, przyswoiłem sobie pouczenia mego ojca o groźbie, jaką niesie za sobą wszelki nacjonalizm, co szczególnie u nas, na Podolu, w otoczeniu polsko-ukraińskim było łatwo dostrzegalne i zarazem groźne.
Niewiele lat musiało upłynąć od tragicznego końca życia mego ojca, gdy na Podolu rozlała się potężna fala nienawiści i popłynęła krew, rzeka krwi. Mnie tam już nie było. Nasza matka zadbała, byśmy nie zostali narażeni na grozę konfliktów narodowościowych, i nie dopuściła, byśmy z młodszym bratem wrócili na stałe na Podole. On jakiś czas tam mieszkał, ale po pierwszym większym ekscesie nacjonalistycznym został zabrany do Lwowa. Ja natomiast nigdy już w tamte rodzinne strony nie wróciłem. Starszy nasz brat zaliczał Workutę.
W Polsce zjadliwy nacjonalizm zaczął działać, gdy tylko nastała pierwsza niepodległość. W pamiętniku pani marszałkowej Aleksandry Piłsudskiej znalazłem kilka stron opisów dokonywanej przez endecję próby podważenia autorytetu Marszałka w najważniejszych dla Polski chwilach, jakie nastały prawie natychmiast po odzyskaniu niepodległości. Szkalowano go pod pretekstem małżeństwa z Żydówką Perlówną, domniemaną córką wybitnego działacza socjalistycznego, w którego domu panna Aleksandra istotnie jakiś czas doznawała opieki państwa Perlów.
Nie upłynęło wiele lat, gdy endeccy nacjonaliści zorganizowali haniebną nagonkę na pierwszego prezydenta wolnej Polski, Gabriela Narutowicza, zakończoną – jak wiadomo – bestialskim mordem dokonanym na zimno przez artystę fanatyka. Do dziś na grobie tego królobójcy składane są kwiaty nie tylko od rodziny zbrodniarza, ale od zwolenników politycznych.
Potem przyszły czasy walki z Żydami, ławkowe getta, niszczenie sklepów i straganów. Przyszło kumanie się z Hitlerem i wspólny atak na Czechosłowację. Świątobliwy „Mały Dziennik” szerzył antysemityzm, przygotowując mord w Jedwabnem. Nieco wcześniej było palenie cerkwi prawosławnych na Lubelszczyźnie. Wszędzie jak Polska długa i szeroka szaleli nacjonaliści różnych nacji, a policja podsycała nastroje nienawiści, organizując pacyfikacje Ukraińców na Wołyniu i Podolu.
Wyliczam z pamięci, na chybił trafił, sprawy, z jakimi się zetknąłem, bądź wstępnie zapoznałem, czyli zbrodnie i przewinienia nacjonalistów. Teraz, gdy zajmuję się polityką, ze wszystkich stron otaczają mnie i raz po raz atakują znowu nacjonaliści, narodowcy czy endecy też nowej generacji. Ludzie młodzi, lecz charakteryzuje ich ta sama stara nienawiść, są z tej samej gliny ulepieni, co morderca Prezydenta Narutowicza, czy ci, którzy zdecydowali o paleniu chrześcijańskich wszak świętych przybytków, czyli cerkwi prawosławnych.
Nacjonaliści szaleją znowu na obszarze spraw żydowskich i oczywiście wyżywają się na kwestionowaniu udziału Polaków w potwornej zbrodni w Jedwabnem. Ale najżywiej kręcą się w dwóch sprawach. Wpierw walczyli z konstytucją RP, ale na szczęście przegrali, choć byli dzielnie wspomagani przez Radio Maryja i sporą część episkopatu. Teraz wzięli się za wejście Polski do Unii Europejskiej. Tak jak kiedyś wołano: „Polsko, twoja zguba w Rzymie!”, tak teraz nowa generacja nacjonalistów poprzetykana starymi, nieraz z dziada pradziada endekami, woła gromkim głosem: „Polski, twoja zguba w Unii Europejskiej!”.
I każde krętactwo wokół dyskutowanych tekstów dotyczących akcesji, każde kłamstwo, każde fałszerstwo, każda insynuacja pod adresem rządu RP działającego, wedle nich, na zgubę Polski – jako takiej i narodu polskiego w szczególności – są dobre i w pełni uprawnione. Nacjonaliści rechoczą i wyją z radości, gdy się ktoś ze zwolenników Unii na czymś pośliźnie, a gdy lewicowemu rządowi przytrafi się jakiś nawet naznaczony błąd w poczynaniach akcesyjnych, nacjonaliści są w swoim siódmym niebie nienawiści.
Co gorsze dla nich, wierzą święcie, że cały naród ich poopiera i gdy przyjdzie co do czego, czyli gdy odbędzie się referendum akcesyjne, to naród odrzuci ze wstrętem pomysł wejścia do Unii. Nacjonaliści wszystko wiedzą już na ten temat prócz jednego: jaką mianowicie cenę zapłaci Polska, gdy akcesja zostanie odrzucona? Ile będzie naród polski musiał zapłacić za kolejne szaleństwo nacjonalistów i gdzie, w jakiej części świata, na jakim kontynencie znajdzie oparcie dla swojej, jeszcze bardzo długo słabiutkiej gospodarki?
Nacjonaliści nie lubią takich pytań i jak dotąd nie potrafi nikt z nich przedstawić, choćby w ogólnym zarysie, sensownej koncepcji tego, co w zamian za akcesję do Unii. Dzieje się tak dlatego, że opór endecji nowego chowu nie ma natury merytorycznej, lecz zwyczajnie ideologiczną. Podobnie było z konstytucją RP z roku 1997. Zarówno nacjonaliści wszelkiej maści, z Marianem Krzaklewskim na czele, jak i kler katolicki – nie mieli zielonego pojęcia o jakichś konkretnych zagrożenia dla Polski niesionych rzekomo przez tekst konstytucji. Ich opór był natury ideologicznej. Dla wszelkiej krzaklewszczyzny, która potem tak marnie skończyła, konstytucja była za mało patriotyczna, dla Kościoła była za mało katolicka w swych zasadach. Wygraliśmy walkę o konstytucję i wszystkim jest z nią dobrze. Tak będzie i z Unią, ku rozpaczy nacjonalistów.

 

Wydanie: 16/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy