Władza zabobonów

Władza zabobonów

Henryk Rzewuski opowiada, jak to za czasów młodości jego dziadka, gdzieś w połowie XVIII wieku, na Litwie rozeszła się wieść, że lud odprawia rytuały kultowe na cześć pewnego dębu, któremu przypisuje nadzwyczajną moc i świętość jak w czasach pogańskich. Łatwo sobie wyobrazić zgrozę księży i zgorszenie ludzi światłych z powodu tego zabobonu. Postanowiono dąb ściąć i zrobić to z wielkim ceremoniałem, z udziałem dostojników kościelnych i świeckich. Gdy na zakończenie ceremoniału trzeba było przystąpić do ścinania, okazało się, że nikt nie chce pierwszy uderzyć siekierą. Biskup pierwsze, prestiżowe uderzenie oddaje „świeckiemu ramieniu”, wojewoda odwrotnie, przypomina, że duchowieństwo jest pierwszym stanem Rzeczpospolitej i komuś z ludzi Kościoła ten zaszczyt się należy; i tak świadcząc sobie nawzajem grzeczności i honory, wszyscy wymawiają się, jak mogą, od tego zaszczytu. I nic dziwnego, z takim świętym dębem nigdy nic na pewno nie wiadomo. Ogólna konsternacja staje się coraz bardziej nie do zniesienia. Wtem wybiega ładny i elegancki panicz, chwyta siekierę i szast-prast zaczyna ścinać dąb. Tym paniczem, jedynym niewierzącym w święte dęby, był późniejszy król Stanisław August Poniatowski. Ta historyjka przypomniała mi się w związku z krzyżem postawionym przed Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu. Wprawdzie analogii między tymi wydarzeniami nie widać, ale jakiś powód, że się kojarzą, musi być. W obu przypadkach mniejszy zabobon występuje przeciw większemu zabobonowi. Liderzy lewicy wprawdzie w tajemne moce krzyża nie wierzą, ale na wszelki wypadek wskazują dla niego odpowiednie miejsca, w których mógłby być należycie uczczony i unieszkodliwiony – może w kościele św. Anny, a może w świątyni Opatrzności Bożej.
Żałuję, że nie studiowałem teologii ani żadnej innej wiedzy tajemnej. Może byłbym się dowiedział, od czego to zależy, że dwa drewna złożone na krzyż nabierają właściwości sakralnych. Będąc ignorantem zdanym na własny pomyślunek, przypuszczam, że przedmiot o takim kształcie uzyskuje cechę świętości dopiero po skropieniu go wodą święconą przez „funkcjonariusza kultu”, co nie może być dokonane ot tak sobie, en passant albo znienacka. Chyba jakiś rytuał jest przypisany do takiej czynności, jeżeli ma ona skrzyżowane deski przenieść ze sfery profanum do sfery sacrum. Czy harcerze i harcerki zadbali o to wszystko? Jeżeli nie – jak podejrzewam – to modły pod tym krzyżem i jego kult są stuprocentowo pogańskie. Jakiś dzisiejszy Staś Poniatowski mógłby zajechać furgonetką, zabrać fałszywe sacrum i nic by mu się nie stało.
Mówi się ze zgorszeniem, że partia Kaczyńskiego „gra krzyżem”. W najoczywistszy sposób gra, ale tylko dzięki temu, że po obu stronach znajdują się czciciele krzyża, jedni z przekonania, a drudzy ze strachu. Lewica należy do tych drugich. Dlaczego się do tego miesza? Powinna skupić się na finansowej stronie stosunków państwo-Kościół, bo tam dzieją się największe skandale.

•

Gdy Komorowski i Kaczyński wygłaszają swoje ogólne poglądy, są dla mnie nieodróżnialni. Ta sama megalomania narodowa bazująca na fałszywej, wyidealizowanej historii Polski, ten sam bezkrytyczny stosunek do spadku ideowego i politycznego „Solidarności”, podobna uległość wobec Kościoła, u Komorowskiego bardziej szczera i naiwna, u Kaczyńskiego bardziej wyrachowana, z drugim dnem, gdzie się więcej rachuje na zinstrumentalizowanie religii. Krótko mówiąc, obaj doskonale mieszczą się w obozie postsolidarnościowym, każdy ze swoją partią. Ograniczenie uwagi do samych tylko poglądów ogólnych i pełnej solidarnościowej identyfikacji byłoby błędem powierzchowności. To tak, jakby nie dostrzegać różnic między Bierutem a Gomułką czy Gomułką a Gierkiem. Wszyscy oni wywodzili się z ruchu komunistycznego, wyznawali tę samą marksistowską filozofię i wierzyli w przyszłe zwycięstwo socjalizmu. W praktyce Bierut wprowadzał na wsi kołchozy, a Gomułka pozwalał im się rozwiązywać, Gomułka do zbuntowanych robotników kazał strzelać, a Gierek zgodził się na niezależne związki zawodowe. Tylko solidarnościowa mentalność, właściwa zarówno Komorowskiemu, jak Kaczyńskiemu, lekceważy te różnice i widzi jedność tam, gdzie była wielość, stałość tam, gdzie był ruch.
W Polsce znowu, tym razem w warunkach wolności słowa, jednolitość ideologii gęsto przesłania rozbieżności polityczne.
Dominacja ideologii solidarnościowej sprawia, że strona, która reprezentuje ją w sposób skrajniejszy, ma w proporcji do swoich realnych możliwości większą władzę niż strona umiarkowana. Wskutek tego – przypuszczam – Kaczyński będzie miał większy wpływ na polską politykę niż jego zwycięski rywal Komorowski. To on będzie nadal tym, który narzuca problemy i zawiązuje gordyjskie węzełki, przy rozwikływaniu których rywal będzie tracił czas i zużywał swoją władzę.

Wydanie: 33/2010

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy