Klub Krzywego Koła – in memoriam

Zapiski polityczne

Sporo lat temu, gdy wędrowałem po Stanach Zjednoczonych, spotkałem w domu znajomych młodego człowieka opowiadającego bardzo wiele o Klubie Krzywego Koła, z którym ów młodzian miał ponoć silne związki. Niestety, blagował. Wziąłem się za prostowanie tych bajek, a wówczas facet spojrzał na mnie pogardliwie i spytał zaczepnie: „A cóż pan mógł mieć wspólnego z Krzywym Kołem?” Odpowiedziałem: „Może i niezbyt wiele, z tym tylko, że trzy razy wybierano mnie na prezesa zarządu tego klubu”.
20 lat temu, 2 lutego 1982 r., odbyło się w Staromiejskim Domu Kultury, na Starym Mieście w Warszawie, ostatnie posiedzenie Klubu Krzywego Koła. Krótko po nim wezwano nas, czyli zarząd, do Wydziału Kultury w magistracie i zakomunikowano nam, że klub ulega likwidacji. Powiedziała to pani będąca przez długie lata naszą życzliwą opiekunką i protektorką. Mówiła ze łzami w oczach.
Kilka dni temu jedna z redakcji Polskiego Radia poprosiła mnie o krótkie wspomnienie o tej – może najpiękniejszej – przygodzie mego życia. Poszło w eter i tyle. Wypada więc, bym teraz napisał „in memoriam” KKK nieco więcej.
Ożywczy „Październik” umierał powoli. Od początku nie był zbytnio lubiany przez partię, ale nie ośmielano się karczować zbyt szybko tego pięknego drzewa nadziei Polaków. Klub Krzywego Koła powstał jako prywatny pomysł Ewy i Julka Garzteckich, krótko po ich wyjściu z więzienia. Dostali wtedy mieszkanie przy ulicy Krzywe Koło na Starym Mieście. Ewa, kobieta niezwykłej piękności, a i Julek miał wspaniałą męską urodę, zaczęli gromadzić w nowym mieszkaniu przyjaciół i znajomych na takie sobie wieczorne rozmowy Polaków. Spotykało się tam coraz więcej osób z kręgów polityczno-artystycznych. Ewa była krytykiem sztuki, zaś Julek pracował w redakcji słynnego „Po prostu”- mieli więc oboje szerokie kontakty i otaczała ich pewna aura „męczenników” komuny, gdyż oskarżeni o szpiegostwo i odwołani prosto do kryminału z dyplomatycznej placówki budzili życzliwe zaciekawienie. Spotykali się u nich raczej ludzie lewicy, szeroko pojmowanej.
Julka poznałem właśnie w „Po prostu” i zaprosił mnie na Krzywe Koło. Krótko potem towarzyskie spotkania zaczęły się formalizować w bardzo wtedy modną instytucję klubu inteligencji. Staromiejski Dom Kultury udostępnił lokal i tak prawie z niczego zrodziła się bardzo ważna instytucja popaździernikowych nadziei. Jak na dość szybkie tempo odchodzenia od wywalczonych wtedy swobód KKK trwał długo. Inne kluby – a na prowincji powstało ich bardzo wiele, w tym także Kluby Inteligencji Katolickiej, które żyły najdłużej wspierane przez Kościół – szybko padały pod różnymi pozorami.
Z Krzywym Kołem władze miały problem, gdyż powstała wokół niego silna grupa intelektualistów i artystów, w tym wiele bardzo głośnych nazwisk ludzi o potężnym dorobku naukowym bądź społecznym czy artystycznym. Co tydzień odbywały się zebrania na przeróżne tematy, o zmiennej frekwencji. Bywało pustawo, ale zdarzały się spotkania bardzo liczne. Ponadto wokół klubu zaczęły narastać inne formy aktywności. Nad naszą salą zebrań powstała słynna Galeria Krzywego Koła promująca sztukę nowoczesną. Artyści plastycy musieli po każdej ekspozycji zostawiać galerii jakiś dobry obraz. Chyba w Muzeum Narodowym jest spory magazyn tych płócien. Wedle intencji twórców galerii obrazy te miały stanowić zaczątek zbiorów Muzeum Sztuki Nowoczesnej, które nigdy do tej pory w Warszawie nie powstało.
Prócz galerii mieliśmy Teatr Krzywego Koła i różne sekcje: między innymi architektury i badań opinii społecznej, z której dość szybko wyłonił się dzisiejszy OBOP czyli Radiowy Ośrodek Badania Opinii Publicznej. To prezes radia, Sokorski, pierwszy zrozumiał znaczenie takich badań i dał nam etaty na ten ośrodek, musiała jednak zniknąć nazwa „Krzywe Koło”, gdyż z klubem mogły łączyć swe istnienie tylko zespoły działające społecznie.
Przypomnę ludzi kierujących klubem. Pierwszym prezesem został Stefan Król, historyk, potem nastał Jan Strzelecki, wspaniały człowiek tak bestialsko zgładzony przez bandytów, później Jan Józef Lipski, wreszcie ja na trzy kadencje, a po mnie Paweł Jasienica.
Wokół nas gromadził się ścisły aktyw klubu, kilkanaście osób, z których Witold Jedlicki utrwalił naszą egzystencję w długim szkicu wydanym na emigracji pod tytułem „Klub Krzywego Koła” Najintensywniej pracował jednak i był symbolem klubu Jan Józef Lipski, krytyk literacki, uczony, pisarz i odnowiciel Polskiej Partii Socjalistycznej, senator w roku 1989 wybrany w Radomiu przy wściekłym sprzeciwie tamtejszego biskupa. Czytano przeciw Lipskiemu z ambon fragmenty broszur wydawanych przez ubecję i mających go skompromitować jako wroga PRL-u.
Jednym z elementów rozgłosu, jaki uzyskał klub, była możność drukowania w potężnym „Przeglądzie Kulturalnym” treści wygłaszanych na Starym Mieście referatów. A pisali je wybitni uczeni. Byłem wtedy sekretarzem redakcji „Przeglądu”, co dawało mi zarówno dojście do władz, jak i zapewne sprawiało, że wybierano mnie na prezesa klubu. Władze nas nie mogły lubić, gdyż uważano nas – nie bez powodu – za głosicieli herezji ideologicznych i politycznych. Mieliśmy także sukcesy czysto praktyczne. Autorytet klubu sprawił, że na rozprawie przed Sądem Najwyższym przeciwko Annie Rewskiej, skazanej za związki z Giedroyciem pojawiło się w sali sądowej aż kilkudziesięciu wybitnych intelektualistów, w tym takie postaci jak profesor Tadeusz Kotarbiński i Jan Parandowki. Tłumna obecność naszych gości na sali miała wpływ na uniewinnienie Rewskiej. Tej demonstracji władze nie mogły nam darować.
Miejsce na felieton się kończy, więc może następnym razem jeszcze coś opowiem o sławnym Klubie Krzywego Koła. Warto, by pamięć o nim nie zaginęła.

6 lutego 2002 r.

 

Wydanie: 6/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy