Mściwość szaleje w Warszawie

Mściwość szaleje w Warszawie

13 grudnia 1981 r. jest datą głośnego wydarzenia, które miało bardzo nikłe skutki. Operacja policyjna na wielką skalę zwana oficjalnie Stanem Wojennym, pod względem znaczenia politycznego dalece nie dorównywała Październikowi 1956 r. ani Okrągłemu Stołowi z 1989 r. Październik oznaczał zaprzestanie terroru, rezygnację z kolektywizacji wsi oraz upadek przytłaczającej wiary w nieuchronność komunizmu. Z tej wiary pozostały tylko rytuały i marksistowski idiom; zniewolenie sięgające do głębi świadomości, opisane przez Miłosza, skończyło się. Na prześladowania narażeni byli odtąd już tylko przeciwnicy ustroju, a nie wszyscy, jak przedtem. Stan rzeczy, jaki się ukształtował, był wysoce niezadowalający, ale już nie koszmarny.
Przemiany roku 1989 były ważniejsze; przywróciły prawo własności, wolność produkcji i wymiany, i gruntownie odmieniły sytuację geopolityczną Polski, Niemiec i całej Europy Środkowej i Wschodniej. W Polsce się zaczęło, ale pozostałe kraje regionu, jak się okazało, były tak samo dojrzałe do przemian jak Polska. Z międzynarodowego punktu widzenia najważniejszym skutkiem było zjednoczenie Niemiec. W opinii świata istotę tych przemian symbolizuje zburzenie muru berlińskiego.
Trudno znaleźć jakikolwiek ważny polityczny skutek Stanu Wojennego. I przed nim, i po nim panował realny socjalizm, i przed nim, i po nim granica między wschodnim i zachodnim blokiem militarnym pozostawała na Łabie, a Berlin był podzielony. Po Stanie Wojennym PZPR nie była zdolna do rządzenia, ale nie była do tego zdolna już kilka lat przed tym Stanem. Gdziekolwiek spojrzeć, widzi się po 13 grudnia to samo, co przez kilka lat przed nim. Ustrój się de facto liberalizował, ale nie w następstwie zmiany zasad czy przemyślanych ustępstw, lecz wskutek szczególnego doboru kadr, coraz mniej zdolnych do rządzenia, rozkazywania i podejmowania decyzji. Powstanie „Solidarności” było możliwe dzięki takiej „liberalizacji”. W czasie gdy zaczynała się anarchia, gdy mówiono już o możliwości niemal wojny domowej i interwencji radzieckiej, najbardziej refleksyjny, najłagodniejszy, najsympatyczniejszy i brzydzący się wszelką władzą profesor naszego uniwersytetu został powołany do Biura Politycznego, czyli najwyższej władzy politycznej w kraju. Inni członkowie tych władz nie byli ani refleksyjni, ani sympatyczni, ale również nie mieli tej drapieżnej woli władzy, jaką wykazywali działacze solidarnościowi w roku 1981 i jaką wykazują obecnie, gdy już rządzą.
W wymiarze życia jednostek Stan Wojenny miał oczywiście bardzo poważne skutki. Każdy, kto na sobie odczuł psychiczną (strach) lub fizyczną (pobicie, więzienie) przemoc, posiada mocno ugruntowane, sięgające samego jądra tożsamości przekonanie na temat „wojny Jaruzelskiego z narodem” i ja tego przekonania nie mam zamiaru podważać. Chciałbym natomiast wskazać, że Stan Wojenny jałowy w płaszczyźnie faktów empirycznych, odegrał wielką rolę w wymiarze, że się tak wyrażę, probabilistycznym, w którym mamy do czynienia z możliwościami. Co by się stało, gdyby generał Jaruzelski do biegu spraw się nie wtrącał? Ludzie „Solidarności” mają w tej sprawie wyrobione zdanie, którego nigdy nie zmienią: to, co czyni nas tak szczęśliwymi dziś, mielibyśmy już w roku 1981. Były tylko dwie możliwości: Stan Wojenny albo zwycięstwo „Solidarności”. Rozumowanie o możliwościach, zwłaszcza w polityce, to wyższa szkoła jazdy i z całym szacunkiem dla poszkodowanych, nie traktuję poważnie tego, co na ten temat mówią ludzie, czy to osobiście poszkodowani, czy przypisujący się do cudzych szkód. Liczą się opinie obserwatorów obiektywnych i kompetentnych w dziedzinie wysokiej polityki. Jeżelibym komuś wierzył w sprawie, co w Polsce było możliwe, a co niemożliwe poza zmasowaną operacją policyjną zwaną Stanem Wojennym, to z pewnością nie prawdziwemu czy fałszywemu działaczowi „Solidarności” – dziś w PiS-ie, Platformie lub w Lidze Polskich Rodzin – lecz politykom, którzy wówczas ponosili odpowiedzialność za swoje państwa i pokój w Europie, jak Helmut Schmidt, Helmut Kohl, Mitterrand, i kto tam jeszcze liczył się wówczas w polityce europejskiej.
W sprawie alternatywnych wobec Stanu Wojennego możliwości, a więc w kwestii wysoce skomplikowanej i trudnej, polskie najpotężniejsze media głoszą jeden i ten sam pogląd. Historycy IPN zrobili archiwalne odkrycie, że moskiewskie polit-biuro postanowiło nie interweniować w Polsce. Zatem Jaruzelski winien, że nie poczekał na to odkrycie. Jednocześnie zarzuca się Generałowi, że wyręczył Związek Radziecki w stłumieniu „Solidarności”. Nie ulega wątpliwości, że wyręczył. Podobno byłoby lepiej, gdyby nie wyręczył. Prezydent i premier chcą generała Jaruzelskiego zdegradować. Poseł PO natychmiast podbiega i woła w telewizji zwyczajem swojej partii: nie tylko Jaruzelskiego, wszystkich generałów! Senator z PiS-u daje za wzór Żydów, którzy wykonawców Holokaustu tropią po całym świecie. Prawnicy już pracują nad formalną stroną oskarżenia Jaruzelskiego o ludobójstwo, poinformowała telewizja. Wśród najbardziej zajadłych apostołów zemsty widzimy biskupów i dominikanina, na razie jednego, ale będzie ich więcej. Wszystko to jest wygłaszane na najwyższym diapazonie emocjonalnym. Przeciwnik polityczny sprzed ćwierćwiecza, kryminalizowany stopniowo, teraz ma być skryminalizowany totalnie. Polska oficjalna i telewizyjna robi w tej chwili, jak ktoś powiedział, „upiorne wrażenie szpitala wariatów”.
Hipotezy, że alternatywą Stanu Wojennego mogło być przejęcie władzy przez „Solidarność” i zaakceptowanie jej w tej roli przez Moskwę, nie wykluczam. Podobno Andropow miał się w tym sensie wypowiedzieć. Dziwiłbym się, gdyby na Kremlu takiego wariantu nie brano pod uwagę. Trzeba jednak zastanowić się, jak by w rzeczywistości to uznawanie „Solidarności” przebiegało. Andropow miał dość przesłanek, by wiedzieć, że aparat PZPR do sprawowania władzy już się nie nadaje. Ryzyko z ustanowieniem nowej siły kierowniczej było rzeczywiste, ale za pomocą techniki politycznej nie bardzo nowej, dawało się sprowadzić prawie do zera. Niestety wymagało to daleko idącej interwencji w wewnętrzne stosunki w Polsce. Zgładzenie gen. Jaruzelskiego, Kani i może kogoś jeszcze było niezbędne, aby zjednać sobie „Solidarność”, przy okazji mszcząc się za kłopoty, jakich tamci przysporzyli Związkowi Radzieckiemu. W „Solidarności” trzeba było zmienić dotychczasowe kierownictwo – od góry do dołu – i zastąpić je nowymi ludźmi, posłusznymi wobec wielkiego brata. Taką operację można przeprowadzić tylko w warunkach terroru i oczywiście paroletni terror zostałby wprowadzony. W Polsce istnieje pewien stereotyp zachowania: ludzie krnąbrni i wyzywający wobec polskiego króla, łatwo podporządkowują się władcy obcemu. Urzeczywistnił się ten stereotyp doskonale w konfederacji targowickiej. Radykałowie wolności, zarówno reformatorzy, jak konserwatyści, którzy Poniatowskiemu okazywali lekceważenie i nieposłuszeństwo, bez szemrania, dla korzyści lub ze strachu, podporządkowali się cesarzowej Rosji.
„Solidarność” miała lepsze kwalifikacje na partię „klasy robotniczej” niż PZPR; z niej można było wyłonić nową elitę władzy, podczas gdy PZPR była politycznie i intelektualnie bezpłodna.
„Gdzie się podziały niegdysiejsze śniegi!”. O czym tu mówić? A czym Polska żyje, jeśli nie sprawami niegdysiejszymi?

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy