Spiżowa brama

Spiżowa brama

Kończy się rok, a ja oddaję starą drukarkę na śmietnik odpadów elektronicznych. Starowinka już pozlepiana plastrami, ale uparcie żywa. Choć gdy drukowała, to już w zgiełku i w strasznej męce. Przeżyła ze mną wiele lat, więc czuję, jakbym oddawał psa staruszka na uśmiercenie, tylko dlatego, że już nieporadny. Obrzydliwe i okrutne.

Próbuję porządkować książki, zjadają nasz dom, wiele jest moich, ale też odziedziczyłem księgozbiór po rodzicach. Usiłuję oddawać książki, jednak antykwariaty ich nie chcą, biblioteki też nie, co biblioteka, to już nie ma miejsca na półkach. A na śmietnik? Nie ma mowy, wolałbym siebie tam wyrzucić. W książkach bardzo wiele dedykacji, czasami nie są to wybitne pozycje, ale jak oddać książkę z dedykacją? Są także książki z dedykacjami Herberta, Iwaszkiewicza, Różewicza, Szymborskiej, jest nawet podpis Leśmiana.

Przeglądam książki, na rękach kurz, często nie pamiętam, abym je czytał, ale przecież są w nich moje podkreślenia, zawsze tylko ołówkiem. Dzięki nim mogę szybko znaleźć wszystko, co mnie poruszyło w czasie lektury. Jak to możliwe, że tych książek nie pamiętam? Moją ułomnością, niejedyną, jest brak pamięci. Po co więc je czytałem? Nie tylko dlatego, że była radość samej lektury. Wszystkie przeczytane, a niepamiętane książki tworzą ściółkę w lesie mojej wiedzy i emocji. Niepamięć nie zawsze jest nieświadomością.

A to jakaś książka z biblioteki rodziców, cała w pajęczynach, „Notatnik literacki. Szkice, wrażenia…”. Tadeusz Breza. Pisarz i dyplomata, zarówno przed wojną, jak i po niej, wiele lat spędził na placówkach w Londynie, w Rzymie i Paryżu. Kto teraz pamięta, że był taki pisarz, przecież ogromnie po wojnie ceniony. To teksty sprzed 1956 r., więc ostatnie słowo książki to „Lenin”. Takie puenty były wtedy dobrze widziane. Breza pochodził z ziemiańskiej rodziny. Przed wojną przebywał jakiś czas w klasztorze, po wojnie po prostu zmienił wiarę. A może był tylko cynikiem.

Żonę Brezy świetnie pamiętam, taka malutka, znacznie przeżyła męża, on zmarł w wieku 65 lat. Sam, o dziwo, mam prawie 70, więc zdaje mi się, że odszedł młodo. Kiedyś w Paryżu spotykałem się z Olą Watową, żoną Aleksandra Wata. Namalowała mi taką scenę z wczesnych lat 50.: „Byliśmy w teatrze na takiej sztuce, w której występował Stalin. W chwili kiedy aktor grający Stalina pokazuje się na scenie, cała sala wstaje. Myśmy siedzieli wtedy w loży Szyfmana i nie wstaliśmy, ta loża znajdowała się blisko krzeseł, gdzie siedzieli Brezowie. Potem w kawiarni Zosia Brezowa powiedziała głośno, tak by wszyscy usłyszeli: »Wszyscy wstali, a Watowie nie«. Zrobiło się chłodno, ale po łagrach niełatwo było nas przestraszyć, byliśmy zaprawieni”.

Zofia Brezowa była znana z paskudnego charakteru. Ciekawe, czy wiedziała, że jej mąż, tak sugerowała Watowa, romansował z Julią Brystigerową, szefową V i III Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Miała osobiście torturować ludzi, ale może to plotka. Watowa uważała, że Breza dostał posadę w Rzymie, bo był z nią blisko. Zdobył tam wiedzę na temat Watykanu i napisał pod koniec lat 60. „Spiżową bramę”, książkę bardzo cenioną w PRL, niezwykle krytyczną wobec Stolicy Piotrowej. Mój ojciec, który przyjaźnił się z pisarzem, tak o niej pisał w dzienniku: „Skończyłem Brezę. Ci, którzy myślą, że jest to satyra na stalinizm, mylą się chyba całkowicie. (…) To jest książka antyklerykalna i antyemigracyjna, ogromnie pozytywna dla Polski Ludowej! Pisana ze wzrokiem utkwionym w urzędzie krajowej cenzury, ale książka mądrze pomyślana, dobrze skomponowana”. Mam nagły odruch zainteresowania – a czy ona nie może być dzisiaj aktualna, jeśli chodzi o polski Kościół? Idę do biblioteki, tam mówią: wczoraj wycofaliśmy ją z księgozbioru, nikt jej nie pożyczał.

Sądzi się, że pisarze z tamtego czasu odeszli do Hadesu, ja boję się, że w niebyt. Wracając do „Szkiców…” Brezy, jest tam kilka wspomnień z okupacji. I to jest bardzo dobre. Wojna i okupacja to był genialny temat. Jak ktoś miał trochę talentu, zawsze robił z tego świetną literaturę. Cała sztuka pisać dobre książki o czasie pokoju, kiedy wojnę z nami toczy tylko samo życie. Wielki smutek tych zagubionych książek, pokrytych pajęczynami i skazanych na zapomnienie. Czasami przecież są w nich perły. One też przepadną. Co mam teraz zrobić z tą książką, jak ją elegancko i humanitarnie wycofać ze swojego księgozbioru?

Wydanie: 1/2020

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy