Co komu wolno?

Co komu wolno?

Wydaje mi się, że w pełni rozumiem oburzenie Andrzeja Urbańczyka na nie od dziś przecież głoszony pogląd, że ludziom PRL, a zwłaszcza SLD „mniej wolno”. Nie podzielam jednak tego oburzenia. Formalnie w demokracji wszyscy są równi, ale rzeczywistość społeczna jest regulowana nie tylko przez formalne prawo, ale również przez stosunki sił. Już Tukidydes pisał, że prawo jest przestrzegane tylko tam, gdzie istnieje równość sił. Jeśli dobrze pomnę, Arystoteles uważał równość za sprawiedliwą tylko między równymi; między nierównymi sprawiedliwa jest nierówność. Przywołuję te starożytne autorytety, ponieważ Urbańczyk skierował moją wyobraźnię w tamte czasy, pisząc, że niektórzy chcieliby wprowadzić w Polsce warstwę metojków. Bycie metojkiem, nawiasem mówiąc, nie stanowiło takiego nieszczęścia, jak podają podręczniki. Metojkowie ateńscy byli najbardziej energiczną warstwą pod względem ekonomicznym. Ale wróćmy do głównego tematu. Andrzej Urbańczyk stara się nakłonić do zastanowienia się tych, którzy kiedyś, będąc demokratyczną opozycją, walczyli o wolność dla wszystkich, a dziś mówią, że SLD mniej wolno. Niechcący pokazuje w ten sposób jeden z tych czynników, który jest ważniejszy od formalnego prawa i w sposób zupełnie naturalny wprowadza nierówność. Nikt nie walczy o równość dla innych, a już z pewnością nie dla wszystkich. Dążeniom do naszych własnych celów dobrze służy przedstawianie ich jako celów uniwersalnych, ale to nie zmienia natury rzeczy. Dawna opozycja, gdy wyczuła kiedyś, z kim ma do czynienia, nie prosiła, żeby jej było więcej wolno, lecz bez niczyjego pozwolenia swoją wolność rozszerzała. Na początku nic jej nie było wolno. I co z tego? Czy mieli się odwołać do zasad równości, w imię których wprowadzono ustrój socjalistyczny? Dawna opozycja wyrobiła sobie to, co się nazywało wówczas trafnie podmiotowością, a co polega na moralnej i intelektualnej niezależności od przeciwnika, choćby on był na pozór niewzruszoną potęgą; dalej ta podmiotowość wyraża się w tym, że posiada się własne poglądy, własną wolę, własne kryteria oceny, własne autorytety. Nie zawsze jest łatwo zdać sobie sprawę z tego, na czym polega siła w społeczeństwie, ale tak rozumiana podmiotowość z całą pewnością jest rodzajem siły. I formalna równość nic na to nie poradzi, że dawna opozycja, dziś u władzy, ma podmiotowość, gdy tymczasem SLD tego wszystkiego, co składa się na podmiotowość, na razie nie tylko nie posiada, ale nie wie nawet, że istnieje taki problem. Wobec tak dużej nierówności sił nie ostoi się równość prawna. Ludziom SLD trzeba było aż powiedzieć prostymi słowami: „Wam nie wszystko wolno!”, aby zauważyli, że jest coś nie w porządku z równością polityczną w Polsce. Wszystkie te podstępne i dyskryminujące ustawy, zastawiające na nich sidła, orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, „prawa” stanowione tylko po to, aby ukarać osoby z góry znane z imienia i nazwiska, wcale nie postawiły przed SLD zagadnienia równych praw. Nawet tak wyraźną, krzyczącą wymowę faktów musieli im nazwać przeciwnicy: „wam mniej wolno”. Teraz już wiemy, że nam mniej wolno i jest nam z tego powodu bardzo przykro, może byście się nad nami zlitowali.

Stosunki sił w polityce nie są stałe, można je zmienić. SLD mógłby wzmocnić swoją pozycję poprzez, na przykład, bliższe związanie z emocjami, skłonnościami, pragnieniami szerszych kręgów społecznych. Ale w Sojuszu się mniema, że to już zostało zrobione, czyż sondaże nie wykazują 40% poparcia? W rzeczywistości SLD zdumiewająco nieudolnie komunikuje się ze społeczeństwem. Nie posiada nośnej retoryki. W demokracji rządzi się słowami. Lewica nie umie mówić. Poseł, który chrząknął, myśli, że utrafił w sedno. Wobec tej niemoty owe 40% może się skurczyć do 30, gdy przeciwnicy rozwiną swoją strategię. Nie wiem, co powinna zrobić partia, aby mocniej, głębiej zapuścić korzenie w społeczeństwie. Wiadomo tylko, że gdyby zaczęła coś w tym kierunku robić, usłyszy natychmiast: wam mniej wolno! Wolno wam mieć tylko tyle poparcia społecznego, ile wyniknie z naszych błędów, SLD w istocie na taką konwencję przystaje, nie lubi tylko, gdy przeciwnicy stawiają kropkę nad i. Ale i ma kropkę i bez tego ostentacyjnego stawiania.

Zawsze jednym wolno więcej, drugim mniej, a nikomu rzeczywiście nie pozwala na wszystko. Czy ludziom dawnej opozycji demokratycznej wolno krytykować swojego koalicjanta? Czy nie widać, jak w swoich wypowiedziach publicznych są skrępowani? Jak mało przedostaje się do mediów z tego, co mówią prywatnie? Nawet całej koalicji rządzącej nie wszystko wolno i ona wie, że swoje niektóre zamysły musi przyoblekać w ustawy, bo bez tego zastałyby uznane za czyny karalne, lub co najmniej sprzeczne z moralnością.

Co komu wolno, a czego nie wolno, zależy również od tego, czy ktoś prosi o pozwolenie. Jeździliśmy kiedyś na spacery w rejon wielkich stawów. Zastawaliśmy tam często też innych spacerowiczów i byli to wyłącznie ci, którzy nie pytali, czy wolno wejść. Kto pytał, pozostawał poza ogrodzeniem. Chyba że strażnik się nad nim zlitował.

Problem z SLD nie polega na tym, że mu czegoś nie wolno. Można się obawiać, że gdyby uwolnił się z tych wszystkich magicznych, sztucznych ograniczeń i zrobił szalony krok poza to kredowe koło, jakim go na wszelki wypadek i bez potrzeby obrysowano, to okazałoby się, że niewiele więcej ma do powiedzenia na pełnej swobodzie niż pod władzą werbalnych zakazów.

Przeciwnikom SLD w tym sporze przyznaję rację w ważnym punkcie: zachodzi coś takiego, jak moralne prawo do krytyki lub brak do tego moralnego prawa. Każdemu zdarzało się słyszeć bardzo prawdziwą, bardzo słuszną krytykę i jednocześnie oburzać się: a któż to mówi? Jakim prawem taki czy inny uprzywilejowany prominent filmowy czy literacki z czasów PRL uprawia „rozliczanie przeszłości” i projektuje jakieś „muzeum hańby”, nie przewidując w nim miejsca dla siebie? Jakim prawem osobnicy, którzy wprowadzali komunizm, przyjmują pozy wyższościowe wobec tych, którzy się już w tak zwanym komunizmie urodzili?

Każdemu wolno się mylić, ale wycofanie się z mylnego stanowiska nie uprawnia jeszcze do roli nauczyciela narodu. Człowieka, który w tamtym czasie był więziony, powinniśmy spokojnie i ze zrozumieniem wysłuchać, nawet jeśli jego skargi czy oskarżenia są głupie lub niesprawiedliwe.

On może nudzi, on to może powtarza po raz tysięczny, ale niewątpliwie jest w swoim prawie i my z szacunkiem powinniśmy powstrzymywać ziewanie.

Wydanie: 2000 8/2000

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy