Plaga ignorantów

PRAWO I OBYCZAJE

Ponad sto lat upłynęło od opublikowania przez Ludwika Krzywickiego, wybitnego myśliciela socjalistycznego końca XIX stulecia, artykułu ukazującego poważne wady parlamentarnego trybu tworzenia prawa („Obecne przesilenie parlamentaryzmu”, „Prawda” nr 15 z 13.04.1889 r.). Wypowiedziane wówczas krytyczne uwagi okazują się zdumiewająco aktualne w dzisiejszych czasach.
Pytano retorycznie: „Czy parlament posiada uzdolnienia ku zajmowaniu się różnymi sprawami wchodzącymi w jego zakres?” i przytaczano przykłady nieuctwa ówczesnych parlamentarzystów. „Na każdym kroku życia społecznego wyrasta żądanie, aby sprawy poruczano specjalistom, ale parlamenty są wolne od tego obowiązku. Zamieniły się pod wpływem działających w nich żywiołów w rzeczywiste gawędziarnie (assemblées parlantes)”, pisał Krzywicki.
Najcięższy był zarzut (dzisiaj także wysuwany), że parlament jest „widownią bezustannego przeniewierstwa”. Wyborca, ufając przyrzeczeniom kandydata, oddaje mu głos, lecz po dokonaniu wyboru ustaje wszelka łączność i zależność między nimi. „Karki ludu są tylko szczeblem dla wejścia do Izby i sprzedania swego głosu możnowładcom plutokratycznym”.
Nie ulega wątpliwości, że nasi wybrańcy odznaczają się na ogół dyletancką wszechstronnością. Niedawnym przykładem nikłej znajomości obowiązującego prawa były dwie inicjatywy poselskie podjęte przez posłów UW i SKL w sprawie nowelizacji kodeksu pracy. Dążąc stronniczo do jego zmiany (pod dyktando pracodawców!), autorzy projektów pokazali, że ich wiedza o prawie pracy i roli tego prawa w zwalczaniu bezrobocia jest bardzo płytka. Zachętą do nader powierzchownego rozumienia potrzeby dopasowania prawa pracy do zasad społecznej gospodarki rynkowej stał się bezmyślnie powtarzany slogan, że kodeks pracy wymaga „uelastycznienia”. Słowo to stało się magiczną formułą, podobnie jak „globalizacja”, otwierająca bramy wszystkich tajemnic teraźniejszości (por. Z. Bauman, „Globalizacja”, Warszawa 2000, s. 5). Kodeks pracy wymaga na pewno unowocześnienia, m.in. dostosowania do standardów europejskich, ale racjonalnemu prawodawcy nie wolno kierować się w reformowaniu tego prawa ogólnikowymi hasłami, które same w sobie nic konkretnego nie znaczą.
Kodeks pracy jest ustawą dającą stronom dużą swobodę w ustalaniu warunków pracy i płac. W tym sensie jest aktem „elastycznym”. Nie może natomiast pracodawca narzucać pracownikom warunków sprzecznych z przepisami, które chronią ludzi pracy najemnej przed wyzyskiem. O zniesienie tych barier zabiegają dziś pracodawcy prowadzący prywatne firmy. Uwzględnienie ich skrajnych postulatów cofnęłoby nasz kraj do początków XIX wieku.
Liberałowie widzą w owym „uelastycznieniu” kodeksu pracy (czyt. w zniesieniu przepisów ochronnych) cudowny sposób na wzrost zatrudnienia. Jest to kłamstwo, które odwraca uwagę polityków od rzeczywistych przyczyn rosnącego bezrobocia i skłania ich do rezygnacji z poszukiwania innych, bardziej skutecznych form walki z tą klęską społeczną.
Z gruntu fałszywy jest pogląd, że pracodawcy nie mają swobody prowadzenia racjonalnej polityki kadrowej, bo kodeks pracy stwarza im jakoby trudności w przyjmowaniu i zwalnianiu pracowników. Nawiązanie stosunku pracy nie podlega żadnym ograniczeniom. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby pracodawcy przyjmowali kandydatów do „jakiejkolwiek usługi, choćby sezonowej, dającej szansę pracy i urobku, szczególnie młodym ludziom”, czego domaga się E. Skalski w „Gazecie Wyborczej” z 21.06.br. Każdy prawnik z tzw. prawdziwego zdarzenia wie, że do tego nie jest wcale potrzebna „liberalizacja” obowiązującego prawa pracy.
Nie są też konieczne zmiany w określeniu podstaw wypowiadania przez pracodawcę umów zawartych na czas nieokreślony. Kodeks pracy przewiduje wprawdzie, że takie wypowiedzenie może nastąpić tylko z „przyczyn uzasadnionych”, ale w tym szerokim pojęciu mieści się uwolnienie pracownika, który nie spełnia wymagań, jakim jest w stanie sprostać inny, wyżej kwalifikowany kandydat.
Wielki Monteskiusz napisał w swym „Duchu praw”, że nie należy wszystkiego poprawiać, gdyż dobrze jest niekiedy, by prawo „poprawiało się samo”. Zamiast krzyczeć o potrzebie ustawowego uelastyczniania szeregu przepisów kodeksu pracy, zacznijmy prawo, które dziś obowiązuje, stosować elastycznie – przez wykładnię dostosowaną do założeń nowego ustroju i zgodnie z zasadą, że od rygoryzmu sztywnych przepisów prawa pracy strony mogą odstąpić, np. zawierać kolejno szereg umów na czas określony, jeśli odpowiada to ich obustronnym interesom (chociaż kodeks przewiduje, że już trzecia umowa tego rodzaju jest równoznaczna z umową bezterminową).
Wprost rażącym przykładem poselskiej nieznajomości prawa pracy była propozycja UW wprowadzenia rzekomo nowej „formy” umowy o pracę: na zastępstwo nieobecnego pracownika. Przepis ten jest całkowicie zbędny. W takich sytuacjach pracodawca może obecnie zatrudniać inne osoby na podstawie umowy na czas określony lub umowy cywilnoprawnej, (zlecenia, o dzieło). Ignorancki pomysł rodził się w głowach dyletantów, którzy chcieli w ten sposób zapobiec rzekomemu „blokowaniu etatów” przez pracowników przebywających na długotrwałych zwolnieniach. Zapomnieli, że PRL-owskie ograniczenia zatrudnienia przez odgórne ustalanie liczby etatów dawno już nie obowiązują (poza sferą budżetową) jako anachroniczne w warunkach samodzielności firm, które same teraz decydują o poziomie zatrudnienia, kierując się własnymi możliwościami finansowymi. Mówiąc o uelastycznieniu kodeksu w tym zakresie, posłowie wnioskodawcy trafili akurat kulą w płot, bo zaproponowana przez nich regulacja raczej ograniczyłaby istniejącą dziś swobodę pracodawców w zawieraniu różnych rodzajów umów w tych sytuacjach.
Upatrywanie w przepisach kodeksu pracy przyczyn szalejącego bezrobocia jest prymitywnym mitem, szerzonym przez liberałów w celu uzyskania nieograniczonej swobody korzystania z siły roboczej. Dzisiaj ponad 30% młodych ludzi pozostaje bez pracy. Kodeks pracy nie utrudnia pracodawcom prowadzenia swobodnej polityki kadrowej i zatrudniania absolwentów. Nie są oni przyjmowani do pracy głównie dlatego, że nie mają doświadczenia zawodowego, a pracodawcy nie są zainteresowani szkoleniem młodej kadry. Za ten stan rzeczy odpowiadają kolejne rządy, które nie zreformowały do końca systemu edukacji narodowej i dopuściły do kryzysu szkolnictwa przyzakładowego. Do zamierzchłej już przeszłości należą czasy, kiedy młodzież miała zapewnioną pracę dzięki umowom stypendialnym i umowom przedwstępnym. Ale to działo się w PRL, gdzie wszystko było złe…
Politycy za nic dziś mają słynną przestrogę Jana Zamoyskiego, iż „Rzeczypospolite takie będą, jakie ich młodzieży chowanie”.

Wydanie: 29/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy