Pamela kontra polskie dzbany

Pamela kontra polskie dzbany

Zacznijmy od końca, czyli od ostatniego słowa w tytule: dzbany. Teoretycznie wszyscy je rozumiemy. Dzban to prawie jak ten koń, co każdy widzi, jaki jest. Sprawę dzbana komplikuje jednak zacne grono językoznawcze zgromadzone wokół corocznego plebiscytu na młodzieżowe słowo roku, organizowanego przez Wydawnictwo Naukowe PWN. Teraz wygrał właśnie dzban, który oznacza w tym kontekście nie rzecz, ale osobę. Mówimy grzecznie osobę, zasadniczo jednak chodzi o mężczyznę, faceta, dziada, którego cechują marne przymioty: ogólny nieogar z elementami nieodłącznego chamstwa, w sosie samozadowolenia i miłości własnej z wzajemnością. Dawne pokolenia w takich (codziennych) okolicznościach sięgały po słowo buc. Szersze intelektualne tło owej szeroko rozpowszechnionej postawy opisała brawurowo Rebecca Solnit w książce „Mężczyźni objaśniają mi świat”, która nigdy nie będzie lekturą obowiązkową zamiast tych wszystkich „Potopów” i „Quo vadisów”. Zamiast albo dlatego. Z drugiej strony – kto sam nigdy nie był dzbanem w tym znaczeniu, niech pierwszy rzuci kamieniem, milczy jak nożyce po uderzeniu w stół. W pustocie dzbana wybrzmiewa też oczywiście biblijna miedź brzęcząca i cymbał brzmiący. Dzisiaj zatem nazwanie kogoś dzbanem (bez konieczności dorzucania „pustym”) mamy w pełni za sobą. Dzbany, które zamierzam tu przywołać, to jeszcze bardziej wyselekcjonowana grupa mężczyzn wszystkowiedzących o wszystkim i gotowych natychmiast to obwieszczać wszem wobec (sam nie jestem bez winy) nawet bez konieczności pobierania wynagrodzenia, a jedynie dla ugruntowania swojej władzy, wpływów, znaczenia – ba, „mądrości”. Mamy tu więc komentatorów, polityków, politologów, nierzadko socjologów.

Mamy też trwające już kilka tygodni wydarzenia w Paryżu, zwane protestem czy rewolucją „żółtych kamizelek”. Protesty są intensywnie relacjonowane w mediach, najlepiej kiedy widać zamaskowane postacie rzucające brukiem w policję, a jeszcze lepiej, kiedy uda się sfilmować grupy demolujące witryny i zawartość sklepów. Policyjna przemoc też jest widoczna, ale jakby rzadziej i z pełną aprobatą: „od tego są”, „pałami ich”, „dobrze im tak”. Protesty uliczne, szczególnie tak gwałtowne, krwawe, brutalne jak te w Paryżu, mają swoją nieokiełznaną dynamikę. Ekspresja polityczna sięga po przemoc, bez dwóch zdań. Ale dlaczego? Skąd? Jaki jest jej cel? Tu się dzbaniasta dociekliwość wyczerpuje i sięga po epitety: już nie uzasadniony protest, zrozumiały bunt, tylko zamieszki, bandyckie wybryki, chuligańskie ekscesy. Obserwujemy kryminalizowanie całego protestu (nie oznacza to, że naruszeń prawa nie ma albo że kradzieże nie istnieją) i równoczesne sprowadzenie konfliktu do osi protestujący (źli, roszczeniowi, dzicy, nienawistni) – policja (skuteczna, słusznie brutalna). Zdarzają się protesty przeciw policji i jej działaniom jako takim, ale ten takim nie jest, nie był. Nasze dzbany jednak chętnie tak to widzą i objaśniają: dzika tłuszcza kontra sprawne organy nowoczesnego państwa. Znikają realne powody wyjścia dziesiątek tysięcy Francuzek i Francuzów na manifestacje, ale konia z rzędem temu, kto wie, jakie są ich oczekiwania i postulaty oprócz niezgody na „macronizację” kraju. Czyli w największym skrócie – bujdy przedwyborcze o nowej polityce zniknęły w niebycie, a dbałość o interesy najbogatszych święci tradycyjne sukcesy. Macron jest symbolicznym przedstawieniem neoliberalnej niemocy wobec sprzeczności systemu. Znakiem czasu jest oczywiście dzbaniaste nad dzbaniastymi przywołanie inspiracji i wpływów rosyjskich trolli. Jest nowy diabeł, jest siła potężniejsza od masonów, żydów i cyklistów – car Putin. Uff, świat objaśniony.

A teraz kilka zebranych z paryskich ulic żądań: zwiększenie płacy minimalnej, emerytur i minimum socjalnego; zwiększenie zatrudnienia w sektorze publicznym, by podnieść jakość usług publicznych; zbudowanie 5 mln mieszkań o niskich czynszach; zakaz prywatyzacji banków; anulowanie długów; nowa konstytucja; odzyskanie 80 mld euro rocznie z rajów podatkowych; natychmiastowe zatrzymanie prywatyzacji i odzyskanie dóbr publicznych: autostrad, lotnisk, parkingów; uproszczenie procesów sądowych i sprawienie, żeby były bezpłatne i dostępne dla wszystkich. Nie czas i miejsce tu na analizę i niespójność albo obecność samowykluczających się żądań. To rola dzbanów, którzy powiedzą: „Lać pałami agentów Putina”. I tu przychodzi czas na Pamelę Anderson, legendarną ratowniczkę wodną z serialu „Słoneczny patrol”, która zaklęta na wieki w tym obrazie atrakcyjnej, roznegliżowanej blondynki biegnie w głowach do dzisiaj. A tymczasem gdzie dzbanom (przyznajmy – nie tylko polskim) do jej bezwzględnie celnego komentarza politycznego w kwestii paryskiej rewolty „żółtych kamizelek”, w którym powiedziała: „Gardzę przemocą, ale czym jest przemoc tych ludzi i spalone luksusowe samochody w porównaniu z ustrukturyzowaną przemocą francuskich i światowych elit? Zamiast dać się zahipnotyzować zdjęciom pokazującym ogień, musimy sobie zadać pytanie, skąd się to wzięło. Odpowiedź brzmi: wzięło się to z napięć między miejską elitą a wiejską biedotą, między polityką reprezentowaną przez Macrona a 99% ludzi, którzy mają dość nierówności, nie tylko we Francji, ale i na świecie. Czy to nieposłuszeństwo może być konstruktywne? Co się stanie jutro? Czy progresywni politycy we Francji i na całym świecie będą w stanie spożytkować tę energię tak, abyśmy zamiast przemocy mieli równe i egalitarne społeczeństwa?”.

Ten poziom refleksji jest dzbanom organicznie niedostępny i dla nich nieosiągalny. Na Pamelę Anderson przez dekady tylko się gapiono, czas wysłuchać, co ma do powiedzenia, bo od polskich dzbanów tego nie usłyszycie.

Wydanie: 51/2018

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy