Najwyższe stadium korupcji

Najwyższe stadium korupcji

BEZ UPRZEDZEŃ

Korupcja może przejawiać się na dwa główne sposoby: jeden pospolity, sprzeczny z prawem, jako przekupstwo i sprzedajność. O drugim zaraz powiem. Jeżeli korupcja pospolita staje się plagą społeczną, jeżeli opanowuje gospodarkę i urzędy państwowe, jeżeli wciska się do sądownictwa, policji, instytucji naukowych, partii politycznych, to dosięga także ogólnej atmosfery moralnej panującej w społeczeństwie. Wypływa z niej i na nią wpływa. Akty przekupstwa i sprzedajności mogą pojawiać się wydarzeniowo, ewenementalnie, że tak powiem, nawet w grupach społecznych przestrzegających wysokich standardów moralnych, wyznających moralność surową i ascetyczną. (Przykładowo można wymienić krzyżowców, purytanów, komunistów). W Polsce obecnie korupcja nie ma już charakteru wydarzeniowego. Umasowiła się. Dostrzegamy ją w najmniej spodziewanych miejscach i w formach tak pomysłowych, że tylko nieliczni, dogłębnie znający daną dziedzinę, potrafią ją zauważyć.
Sprzedajność i przekupstwo są karalne. Z wykrywalnością czynów sprzecznych z prawem nie jest u nas, jak wiadomo, najlepiej, zawsze jednak towarzyszy im obawa kary, co samo przez się stanowi duży dyskomfort. I tu trzeba wymienić zapowiedziany drugi, wyrafinowany sposób przejawiania się korupcji. Po co narażać się na konsekwencje działań przestępczych, skoro można ten sam cel osiągnąć zgodnie z prawem? Wysocy urzędnicy samorządowi, przyznając sobie gorsząco wysokie wynagrodzenia, twierdzili, że czynią to, aby nasza samorządność nie została przez nich opuszczona na korzyść firm zagranicznych lub innego biznesu. Nie bardzo w tym biznesie i w tych firmach zagranicznych czekają na wojewódzkich marszałków i prezydentów miejskich. Byliby bliżsi prawdy, gdyby się tłumaczyli, mówiąc, że wysokość ich wynagrodzeń miała być ekwiwalentna w stosunku do łapówek, jakich się na swoich stanowiskach z góry wyrzekli.
Jarosław Kaczyński podtrzymuje w „Gazecie Wyborczej” pomysł, jaki powstał w jego partii, aby w celu walki z korupcją powołać odpowiedni urząd: „Chodzi o kilkusetosobową, bardzo dobrze opłacaną grupę”. (Lenin, zawsze dokładny, proponował grupę 400-osobową). Na pytanie dziennikarzy, jak wysoko ma być opłacana, odpowiedział: „Oczywiście, nie ma sensu ścigać się z biznesem, bo takiego wyścigu żaden budżet nie wygra. Chodzi o to, by różnice nie były wielkie”. Jeżeli w tym urzędzie do walki z korupcją płace mają niewiele różnić się od wynagrodzeń osiąganych w biznesie, to znaczy, że muszą one być jeszcze wyższe niż te, którymi samorządowcy wywołali oburzenie społeczeństwa. Za wcześnie ustalać płace w Urzędzie Antykorupcyjnym, skoro urzędu jeszcze nie ma, wystarczy nam wiedzieć, że mają one być bardzo wysokie.
Trudno znaleźć kogoś tak naiwnego, aby po wszystkich doświadczeniach z nadzwyczajnymi urzędami do walki z korupcją wierzył jeszcze w skuteczność takiego rozwiązania. Jarosław Kaczyński naiwny nie jest i zapewne pała szczerą chęcią zwalczania korupcji. Dlaczego więc podtrzymuje tak niedorzeczny projekt? Nawet nie próbuję na to odpowiadać. Zakłada się, że funkcjonariusze tego urzędu mają być najuczciwszymi z uczciwych. Dlaczego tacy ideowi, nieposzlakowani ludzie mają jeszcze być motywowani nadzwyczajnie wysokimi płacami? Co jest warta ich uczciwość, jeżeli potrzebuje takiego wzmocnienia? A jeżeli mają być ludźmi takimi jak inni, to skąd nadzieja, że swoich nadzwyczajnych uprawnień nie zechcą spieniężyć? Nadzieja ta otóż ma silne podstawy: mało kogo byłoby stać na przekupienie tych już przez partię rządzącą przekupionych funkcjonariuszy cnoty.
Urząd Antykorupcyjny byłby jedną z form wyrafinowanej korupcji, praktykowanej z asekuracją prawną i polityczną, formą nie tylko bezkarną, ale pretendującą jeszcze do chwały moralnej. Oto najwyższe stadium korupcji! Wysuwając tego rodzaju projekt, J. Kaczyński jednocześnie obiecuje „rozerwać związki między klasą polityczną, aparatem państwowym a światem przestępczym”. Nie widzę w tej obietnicy niczego prócz rywalizacji między dwiema postaciami korupcji: pospolitą i wyrafinowaną. Mafia sycylijska wydaje mi się organizacją uczciwszą od takiego Urzędu Antykorupcyjnego, bo nie udaje tego, czym nie jest.
Korupcja asekurowana politycznie („patriotycznie”), przebrana w maskę służby Rzeczypospolitej, nie jest w Polsce zjawiskiem nowym. Do mnie najbardziej przemawiają przykłady historyczne i liczę, że również do wielu czytelników. Maurycy Mochnacki opisuje, jak to wyglądało podczas krótkotrwałej niepodległości po wybuchu powstania listopadowego: „rozpoczęły się owe gorszące (…) łowy na posady (…). Weszło w obyczaj, z duchem zbrojnego powstania niezgodny, urzędowanie. Ledwo nie kto w Boga wierzył, chciał urzędować koniecznie i świetnie. To trwało aż do ostatka. Familiami, prowincjami, grupami rzucano się tedy do urzędów, jakby naród dlatego tylko powstał, ażeby pewnym osobom i zbiorom osób w nagrodę dawnych zasług, nabytych reputacji, przecierpianych pod moskiewskim uciskiem prześladowań do tego niewczesnego popisu szerokie otworzyć pole. Ten siedział parę lat w więzieniu – a więc zrobić go ministrem! Ów pod przeszłym rządem otrzymał niezasłużoną dymisję (…), więc zrobić go przynajmniej zastępcą ministra. Innego W. Książę skrzywdził osobiście – a więc zrobić go zastępcą radcy stanu! Bez względu na szczególność fachu, na specjalność zatrudnienia szlachta wprost od pługa chwytała posady główne pomimo starych przestróg Kołłątaja. (…) Nie ma rządu, którego by taka logika w sejmik jarmarczny nie zamieniła”.
Jarosław Kaczyński jest człowiekiem przedsiębiorczym w politycznej intrydze, ale umysłowo zasklepił się w horyzoncie sprzed 10 czy 20 lat. Jego głównym wrogiem nadal pozostaje „układ ubecko-biznesowy”. Słabo rozróżnia przeciwników politycznych od przestępców, dlatego jego poglądy na temat zwalczania przestępczości muszą być interpretowane, dosłownie ich brać nie można. Pod jego, na szczęście nieprawdopodobnymi, rządami państwo uległoby anarchizacji, jedność polityczna, jaką państwo ustawia, zostałaby zburzona. Społeczeństwu zostałby narzucony podział na naród solidarnościowy z jednej strony i „przestępczych” „komunistów”, czyli SLD, z drugiej. Polityka zostałaby zastąpiona policyjnością, opozycja byłaby dopuszczalna jedynie wewnątrz obozu solidarnościowego, zaś SLD jako „komunizm” zostałby desygnowany na organizację przestępczą. Kaczyński nie jest jedynym, który ma takiego ćwieka w głowie, to samo miał Krzaklewski, cała solidarnościowa prawica na to cierpi.

Wydanie: 26/2001

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy